Biegówki w ramach lekcji WF? Czemu nie!

- Z żadnych innych zajęć gimnazjaliści i licealiści nie wracają w takiej euforii jak z biegania na nartach - mówi Jacek Jasiński, nauczyciel WF-u z wrocławskiej "czternastki", gdzie w ramach zajęć WF dzieciaki biegają na nartach. - U nas jest 800 uczniów i każdy przynajmniej raz w sezonie powinien mieć narty na nogach.

Z Jackiem Jasińskim - nauczycielem wychowania fizycznego w Zespole Szkół nr 14 we Wrocławiu (XIV LO i Gimnazjum nr 49) rozmawia Aneta Augustyn.

To od pana zaczęły się w waszej szkole biegówki?


Jacek Jasiński: To dyrektor Marek Łaźniak, fizyk, wpadł na ten pomysł. Kilka weekendów w roku spędzał z żoną i dwójką dzieci, teraz już dorosłych, na biegówkach. Dzięki niemu szkoła kupiła narty. Nowe fischery z butami, kijami, pełna rozmiarówka, od 130 do 190 cm, żeby i drobna gimnazjalistka, i wyrośnięty licealista znaleźli swój rozmiar. Mamy już przeszło 45 kompletów, czyli jedna klasa plus zapas, również dla nauczycieli.
U nas jest 800 uczniów i każdy przynajmniej raz w sezonie powinien mieć narty na nogach. Ale jest żelazna zasada: ze sprzętu można korzystać tylko do celów dydaktycznych: nikt nie może pożyczać nart na prywatny wypad.

Co się robi z uczniami na pierwszej lekcji "biegówek"?

- Biegamy wokół szkoły na zupełnie płaskim terenie, w centrum Wrocławia. Najpierw zakładamy ślad wokół boiska, w poprzek i na krzyż, żeby trasa była urozmaicona. Często wychodzimy na łączonej podwójnej lekcji, więc klasy są na śniegu przez półtorej godziny. Zaczynamy od marszu i biegu z kijami, potem są ćwiczenia tylko na jednej narcie. Potem na nartach bez kijków, by poczuć naprzemienność ruchu, frajdę z odbicia i fazy poślizgu i złapać rytm. Wtedy to już rzeczywiście jest bieg, a nie szuranie. Bawimy się w wyścigi, w podawanie piłki; jedno z zadań to pokonanie trasy jak najmniejszą liczbą kroków, tak by wydłużyć ruch, sprawić, żeby stał się bardziej płynny.
Potem ruszamy dalej - na wały nadodrzańskie. Byle śnieg dopisał.

Były opory?

- Na początku tak, głównie ze strony uczniów, którzy wcześniej mieli już do czynienia ze śniegiem: narciarzy zjazdowych, snowboardzistów. Słyszałem komentarze, że to będzie nuda, że męczące, że to narciarstwo z niższej półki. "Na tym nie da się jechać" - kręcą nosami, że deski za wąskie, że pięta lata. A potem jakoś tak sami z siebie łapią bakcyla. Komentują własne potknięcia, nabijają się z siebie, a po pierwszej godzinie już z lekkością biegają wokół boiska.
Bo właściwie nikt z nich wcześniej nie miał do czynienia z biegówkami. Średnio na klasę przypada jedna, no może dwie osoby, które gdzieś, kiedyś próbowały z rodzicami. Nikt jednak nie biegał regularnie.

A teraz trzeba ich zachęcać?

- Nie! Teraz do biegówek w naszej szkole klasy czekają w kolejce! I chyba z żadnych innych zajęć gimnazjaliści i licealiści nie wracają w takiej euforii. Oczywiście mówię im, że mają fart, bo mieszkają na Dolnym Śląsku, gdzie są najlepsze warunki do biegania, opowiadam o Justynie Kowalczyk i innych narciarzach.
Jest też trochę teorii: tłumaczę, co to jest łuska, czemu narta powinna ślizgać się tylko do przodu, a do tyłu oporować, jak dobrać sprzęt do ciężaru ciała, jak smarować narty na końcach i w środku.

Biegacie tylko po Wrocławiu?

- Jak uczniowie poczują się pewnie, po kilku zajęciach w szkole, robimy wyjazd do Jakuszyc. Bo tam zawsze jest śnieg i ratrakowane trasy, również płaskie - dla początkujących. 140 km od Wrocławia, organizacyjnie do ogarnięcia w jeden dzień. Przez całą zimę mamy kilkanaście takich jednodniowych wyjazdów. Na 30 uczniów przypada trzech-czterech opiekunów, dzielimy grupę wedle możliwości i tniemy oddzielnymi trasami. Unikamy jednak stromych odcinków, bo w narciarstwie biegowym zjazd to najtrudniejszy element techniczny. Na szczęście to nie zjazdówki: tu upadki zwykle nie mają poważnych konsekwencji: nie ma złamań, skręceń czy zerwanych więzadeł.

Uczycie też kroku łyżwowego?

Nie, dla początkujących jest zbyt złożony koordynacyjnie i wymaga odmiennego sprzętu.
Najwięcej trudności na biegówkach sprawia moim uczniom to, co innym biegaczom - widzę to na szlakach: za mało używają kijków. Kijki w zjazdówkach służą głównie jako podpórka, ale w bieganiu ramiona i obręcz barkowa pracują tak samo jak nogi. Dlatego robię z młodzieżą dużo ćwiczeń tylko na odpychanie.

Jesteś w grupie nawróconych ze zjazdówek na biegówki?

- Ze stokami bynajmniej się nie pożegnałem. Ale... ze względów zdrowotnych zdecydowanie lepiej jest na nartach biegać (lub chodzić), niż zjeżdżać. Bo pracują wtedy praktycznie wszystkie mięśnie, poprawia się wydolność i koordynacja ruchów, mocno pracuje układ krwionośny i oddechowy. Narciarstwo biegowe ma wszystkie walory ogólnoustrojowe nordic walkingu, który - notabene - wymyślono w Finlandii jako letni trening uzupełniający dla narciarzy.
Do niedawna nie było ani sprzętu gdzie kupić, ani wypożyczalni, ani mody. Owszem, na studiach na AWF miałem zajęcia z metodyki biegu narciarskiego, ale potem to leżało odłogiem. Odkąd Julian Gozdowski, szef Biegu Piastów, postawił mocno na narciarstwo rekreacyjne, zacząłem jeździć do Jakuszyc. Oprócz kapitalnych tras są tu też kapitalne wypożyczalnie - jeśli raz zostawię dane, to potem dzwonię, podaję PESEL i idealnie dobrany sprzęt już jest dla mnie zarezerwowany. Tanio, tylko 25-30 zł za cały dzień. A na trasach: od maluchów po emerytów, bez zadęcia, niezdrowych ambicji czy snobizmu. Jak na kajakach, które również uwielbiam.
Osobna kategoria na biegówkach to nasi sąsiedzi Czesi. U nich - jak mówią - "moc lidi", czyli tłok na trasach. Jacy oni są usportowieni! Niedługo jadę do Ostravy, gdzie na terenie nieczynnej huty stali założono kilkukilometrowy, ogólnodostępny ślad narciarski.

Wrocławska "czternastka" ma opinię szkoły kujonów, w której trwa raczej wyścig o oceny niż wyścig na bieżni. Gdzie tu miejsce na sport?

- Jasne, że stawiamy na naukę. W rankingach szkół średnich od lat jesteśmy w ścisłej czołówce. Staramy się być kreatywni we wszystkim. Te biegówki to zupełne novum, z tego, co wiem, jesteśmy jedyną w Polsce szkołą niesprofilowaną sportowo, która prowadzi takie zajęcia i ma swoje narty.
Dziś już oficjalnie mamy biegówki w programie nauczania WF-u. Na początku tylko dwóch wuefistów, Leszek Zdziebło i ja, miało pojęcie o bieganiu. Teraz biegówek z powodzeniem uczy pozostała ósemka. Biegają z nami też geograf, biolog, matematyczka, ale i tak najlepsza jest koleżanka od przedmiotów plastycznych.

Dzisiaj wuefiści skarżą się, że dzieciaki nie chcą ćwiczyć, połowa notorycznie przynosi zwolnienia z WF-u. Dla mnie też, przyznaję, to był przedmiot drugiej kategorii. Teraz odrabiam to z nawiązką na trasach biegowych.

- U nas nie ma problemu zwolnień z WF-u. I gimnazjaliści, i licealiści naprawdę lubią wychowanie fizyczne, zwłaszcza że mają do dyspozycji siłownię, basen, sztuczne kryte lodowisko, boisko trawiaste, drugie tartanowe z trybunami, salę do tenisa stołowego, lustrzaną do aerobiku i do bilarda z trzema stołami. Są i tacy, którzy trenują brydża z selekcjonerem kadry narodowej juniorów. Jest jak na studiach - mają prawo zapisać się na wybraną dyscyplinę. U nas do wieczora trwają zajęcia sportowe.
Teraz uczniowie zabierają na biegówki swoich rodziców i znajomych. Kiedy jadę do Jakuszyc z przyjaciółmi, często dla żartu robią zakłady, ilu uczniów zaczepi mnie tym razem na trasie. Nie zdarzyło się jeszcze, żebym jakiegoś nie spotkał. Kiedyś sam byłem uczniem "czternastki" i teraz Bożena, moja druga połówka, z przekąsem komentuje: "Wy to jesteście wszędzie!".

Dołącz do nas na Facebooku.