Justyna Kowalczyk śpiewa ze strachu. Oto Val di Fiemme, dolina katorżników. Ty też możesz spróbować!

Biegniesz jak w mazi. Chcesz szybciej, ale narta się nie rozpędza, z każdym ruchem musisz zaczynać od nowa. Szarżować na Alpe Cermis nie wolno, lepiej też nie patrzeć w górę stoku. A jesteś w miejscu, które dopiero dzięki biegom i skoczniom przestało się kojarzyć z nieszczęściami

Widzisz ją nawet w nocy, z daleka, bo od niedawna jest sztucznie oświetlona. Właśnie ta najniższa część stoku, trasa Olimpia III, którą co roku w pierwszą lub drugą niedzielę stycznia zamykają dla alpejczyków. I puszczają, slalomem pod górę, biegaczy narciarskich. Możesz sobie wieczorem przed biegiem stanąć na hotelowym balkonie z kieliszkiem marzemino i popatrzeć z daleka, co na ciebie czeka.

Dla alpejczyków Olimpia III jest dziecinnie prosta, dopiero wyżej na Alpe Cermis są dwie trudne. Ale dla biegaczy to jest symbol najsłynniejszej tortury w Pucharze Świata. Ani ten bieg najdłuższy, ani najbardziej wyczerpujący, co to jest 9 km w porównaniu do 50. Albo do 70 km w Marcialondze, najsłynniejszym miejscowym maratonie narciarskim, którego trasa przebiega u stóp Alpe Cermis. Ale to tu, podczas corocznej wspinaczki w finałowym etapie Tour de Ski, stężenie wysiłku na metr śniegu jest największe. Tu rywalizacja jest najbliżej granicy możliwości, i tu jest najbardziej zdradliwie. Kto się przeliczy z siłami - koniec, zostaje mu człapanie. Człowiek - mówią biegacze - nie wygra z Alpe Cermis.

Kiedyś krążyły opowieści o innej klątwie Cermis. Charlotte Kalla wygrała tu w Tour de Ski 2008, a przez następne lata zwyciężyła tylko w jednym biegu w Pucharze Świata. Virpi Kuitunen po wygranej w 2009 - drugiej w karierze - już nigdy więcej nie była pierwsza w żadnym ważnym biegu. Marit Bjoergen, rekordzistka w liczbie zwycięstw w PŚ, nie zwyciężyła tu ani razu. Ale klątwy nie ma, Justyna Kowalczyk wygrała cztery razy z rzędu. Trzeba to po prostu umieć i lubić. Justyna polubiła tak bardzo, i tak bardzo potrzebuje tego wysiłku w przygotowaniu do igrzysk, że wróciła również w tym roku, choć w Tourze nie startowała.

Narciarska partyzantka miejska

Pobiegła razem z amatorami w „Rampa con i Campioni”, w pokazowej „Wspinaczce z mistrzami”, rozgrywanej tuż przed finałem Tour de Ski. Taki nas zaszczyt spotkał tym razem. Nas, miejskich partyzantów biegania na nartach, którzy się właśnie dzięki „Rampie”, przed trzema laty, wciągnęli w uprawianie tego sportu i co roku wracają, żeby w zderzeniu z górą sprawdzić, ile się od poprzedniego razu nauczyli. Może to zrobić każdy, trzeba się tylko spieszyć, bo pobiec może maksymalnie 200 osób: zapisy trwały tym razem do 31 stycznia, trzeba było wpłacić 25 euro startowego, przywieźć pozwolenie lekarza na uprawianie sportu. I pod górę.

Pomysł rzucili kiedyś koledzy z polskiego Eurosportu, i oni co sezon skrzykują grupę chętnych. Za pierwszym razem to było raczej nieszkodliwe wariactwo, ze wszelkimi możliwymi błędami. Zbyt mocny trening w przeddzień w Passo Lavaze, kilkanaście kilometrów od Alpe Cermis, tam gdzie niedawno była na zgrupowaniu Justyna, oraz idiotycznie ciężki strój tam gdzie każdy kilogram mniej się liczy. Do tego po prostu za mało narciarskich umiejętności, a za dużo marzemino (powtarzam się, wiem, ale wino znakomite i nie wiedzieć czemu, trudne do zdobycia w Polsce) w ostatni wieczór przed biegiem. Ale jak się raz spróbuje Alpe Cermis, to chce się więcej. I co roku szybciej.

Podszkolić się w bieganiu na nartach w Warszawie (na wyjazdy tam, gdzie są trasy z prawdziwego zdarzenia, brakuje czasu) to jest misja dość karkołomna. Znajomy z jednej wypożyczalni nart wyliczył, że dni w które pogoda pozwala pobiegać jest tutaj średnio 19 w roku. I zdaje się że poprzedni sezon wyrobił normę za kilka lat, bo można było biegać do Wielkanocy - nie ubarwiam, biegałem w lasku koło domu w samą Wielkanoc - a teraz nie można prawie wcale. Ale jak partyzantka to partyzantka, jakoś sobie trzeba radzić.

Biznes gladiatorów

W biegówkach najlepsze jest to, że angażują niemal wszystkie mięśnie, więc każdy trening się potem jakoś przyda w zderzeniu z górą. Bieganie, pływanie, rower. Nawet kółko do ćwiczeń na podłodze, które można zabrać ze sobą wszędzie. Ramiona będą wdzięczne na Alpe Cermis. Krok łyżwowy, póki jest sucho, da się trenować na rolkach. Tyle że inaczej niż na rowerze, do pracy na nich nie pojedziesz, bo jesteś nielegalny i na ulicy, i na chodniku, a tras mało. Zresztą i na trasach bywa trudno, bo nie do wszystkich dociera, że po pierwsze - masz prawo tu jechać, a po drugie - nie masz hamulców. Możesz skończyć trafiony torebką przez starszą panią (znów - nie ubarwiam) albo zamordowany wzrokiem przez matki z wózkami. Ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Zaciskasz zęby i czekasz: może przymrozi i sypnie śniegiem na alejki i kanałek na Forcie Bema, może przysypie długi podbieg przy boisku Hutnika w Lasku Bielańskim, jedno z najlepszych miejsc w Warszawie, żeby poćwiczyć gramolenie się pod górę stylem łyżwowym. A może ktoś kiedyś wreszcie dotrzyma słowa i następne Orliki będą, według rzuconej swego czasu ministerialnej obietnicy, już nie boiskami, tylko trasami dla rolkarzy i narciarzy.

Dotrzyma czy nie dotrzyma, wspinaczka na Alpe Cermis na pewno będzie. To jedyny etap Touru, który jest na razie nie do ruszenia, umowy są podpisane do 2018 i pewnie będą przedłużone. Amatorzy, szykujcie się. Nie ma drugiej takiej okazji w całym roku i pewnie w całym zimowym sporcie: biegniesz po tej samej trasie, na którą za chwilę ruszą zawodowcy. I to jakiej trasie, najbardziej dziś znanej w narciarstwie klasycznym, bo choć Tour de Ski ma dopiero osiem lat, to finałowy etap jest najchętniej oglądanym biegiem PŚ. Biegniesz z dawnymi sławami narciarstwa, medalistami olimpijskimi i świata. Męczyli się tu już Odd Bjoern Hjelmeset, Thomas Alsgaard, Petra Majdić, skoczek Andreas Goldberger, męczą się co roku Katerina Neumannowa i dwóch takich, co wymyślili Tour de Ski. Czyli słynny Norweg Vegard Ulvang i Szwajcar Juerg Capol, też były biegacz, potem szef biegów w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), a dziś jej główny marketingowiec. To Capol zawziął się kiedyś, by narciarstwo biegowe wyprowadzić z lasu, zrobić wokół niego show, wpisać się w modę na sporty wytrzymałościowe, rozkręcić biegowy biznes, pokazać biegaczy jako gladiatorów zimy. To on w saunie u Ulvanga wymyślił razem z Norwegiem Tour de Ski, jako próbę dla najtwardszych i najbardziej wszechstronnych. I on wyszukał stok do wspinaczki. Przyjechał pozjeżdżać na otwartą w 2004 roku Olimpię i okazało się, że właśnie takiej góry szukał.

Bieg na Alpe Cermis, to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla narciarzyFot. Jens Meyer AP

Dolina Małysza

Poza tym, w innych rozważanych miejscach gospodarze jęczeli, czy im się to opłaci, a ci z Trentino, regionu do którego należy Val di Fiemme, nie zadawali zbędnych pytań. Dla nich narciarstwo klasyczne stało się kiedyś szansą, by zacząć od nowa po strasznych traumach. To było swego czasu miejsce przeklęte. W 1976 roku na tym stoku na którym teraz jest finałowa wspinaczka zerwał się wagonik kolejki Cavalese-Cermis, z 44 osób w środku przeżyła tylko mała dziewczynka. W 1985 zerwała się tama przy sztucznym zbiorniku powyżej Tesero, miasteczka niedaleko stadionu, na którym zaczyna się wyścig. W potopie zginęło 268 osób, woda zerwała osiem mostów. Pierwszy pomysł na odbudowę po zniszczeniach, odzyskanie zaufania turystów i narciarzy to była walka o igrzyska olimpijskie. Ale w dolinie umieją liczyć i uznali, że spokojnie wystarczą im mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. Od tego czasu organizowali je już trzy razy, pierwsze w 1991, ostatnie rok temu. Nigdzie teraz najlepsi narciarze klasyczni nie przyjeżdżają częściej. Dla obecnych pokoleń polskich kibiców biegów i skoków Val di Fiemme stało się tym, czym dla pokolenia Wojciecha Fortuny i Józefa Łuszczka były Sapporo i Lahti. Val di Fiemme znaczy: zwycięstwa. Dwa mistrzostwa świata Adama Małysza na skoczni w Predazzo w 2003. Złoto Kamila Stocha i brąz drużyny na tej samej skoczni 10 lat później. Cztery zwycięstwa Justyny Kowalczyk na Alpe Cermis. Nawet jedna ze szwajcarskich gazet, zapowiadając ubiegłoroczne mistrzostwa w Val di Fiemme, nazwały Val di Fiemme Doliną Małysza. I pisała, że kiedyś tylko co dziesiąty turysta przyjeżdżał tutaj z zagranicy. A teraz jest ich trzy czwarte, najwięcej - niemal po równo - z Polski, Czech i Niemiec. Oczywiście jak wszystkie miejsca gdzie można biegać na nartach, Val di Fiemme zabiega też o Norwegów. W Marcialondze (to już w tę niedzielę, ponad 7 tysięcy numerów startowych rozeszło się w niespełna pół godziny) startuje ich zwykle ponad 1,5 tysiąca, przyjeżdżają z rodzinami, zostawiają rocznie równowartość ok. 30 mln. Podczas ubiegłorocznych MŚ też były ich tysiące. Ale podczas Tour de Ski najwięcej bywało zwykle polskich barw.

Sprowadzenie tutaj Tour de Ski i jego flagowego etapu było sposobem na podniesienie się  po kolejnym nieszczęściu. W 1998 roku amerykańscy piloci z bazy w Aviano popisując się niskim lotem nad rzeczką, wzdłuż której prowadzi trasa ze stadionu na górę, ścięli linę kolejki na Cermis. Zginęło wtedy 20 osób, w tym dwóch turystów z Polski. Kolejka została odbudowana, stoki przygotowane na nowo i otwarte we wspomnianym 2004. Ale coś nadal wisi nad tą górą. Rok temu w nocy w przeddzień finałowej wspinaczki na Cermis zginęło sześciu Rosjan zjeżdżających na skuterach.

Cztery razy na szczękę

Val di Fiemme potrzebowało Tour de Ski, FIS potrzebował Val di Fiemme. Jeśli ktoś narzekał, to raczej biegacze: że FIS im robi taki nieludzki bieg, spęd bydła pod górę, jak to ujęła jedna z niemieckich narciarek, wyścig niegodny narciarstwa, jak pisał szwedzki komentator. Capol to puszczał mimo uszu. Okazało się, że to on miał rację. Sam co roku daje przykład, że to nic nieludzkiego i staje na starcie „Rampy”. Biegną razem z Ulvangiem, kończą w dobrym czasie, a potem pan Juerg, FIS-owski Paul Newman, zbiera na górze spojrzenia zachwyconych pań.

Na górze, czyli przy środkowej stacji wspomnianej kolejki na Alpe Cermis. Na wysokości 1278 m, żeby się tam dostać, musisz podczas biegu pokonać 435 m różnicy wzniesień. Gdybyś nie stał na nartach, ale w bokserskim ringu z jakimś gigantem, i musiał przetrwać dziewięć rund jak te 9 km, wyglądałoby to tak: już na początku, na dwóch górkach na stadionie, dostajesz na korpus, a potem ci poprawiają w wątrobę. Odpuszczają na trzy rundy - te trzy kilometry płaskiego wzdłuż rzeczki, trasą Marcialongi, po wyjeździe ze stadionu - żeby ci się zaczęło wydawać, że panujesz nad sytuacją, że tym razem im wszystkim pokażesz. Mija ci ten zapał, gdy w połowie szóstej rundy, gdy się zaczyna właściwy podbieg, pierwszy raz dostajesz w szczękę. Będziesz dostawać jeszcze trzy razy, wszędzie tam, gdzie stromizna rośnie do 29 stopni nachylenia. I tak na zmianę: bach w szczękę, potem po trasie zakosami, i znów prosta w górę. Póki człapiesz, trzymasz gardę. Kiedy przyspieszasz, dostajesz w każde miejsce, które odsłonisz.

Justyna śpiewa ze strachu

Niby znasz trasę na pamięć: z poprzednich biegów, z transmisji w telewizji, z wykresów. Ale zawsze się dziwisz jak to jest, że ostatnie 1,9 km biegnie się tak samo długo jak pierwsze 7,1. Przynajmniej tyle masz wspólnego z zawodowcami, którzy ruszą na tę trasę niedługo po tobie. Oni się uwiną co najmniej dwa razy szybciej, ale też półmetek miną niecałe 2 km przed metą. Oni też będą słyszeć spikera z mety pod środkową stacją kolejki i zastanawiać się, dlaczego tej cholernej mety jeszcze nie widzą. Oni też w niektórych miejscach zamiast suwać na boki krokiem łyżwowym będą po prostu iść, tyle że dużo szybciej niż ty. Oni też kiepsko spali przed biegiem. Każdy się boi, Justyna Kowalczyk przed jednym Alpe Cermis od piątej rano podśpiewywała ze strachu.

Ale zostają potem niesamowite wspomnienia. Amatorom również. Gdy ruszasz, wzdłuż trasy już trwają manewry serwismenów, Age Skinstad, szef norweskich biegów, jak co roku stoi gdzieś na stadionie, na jednej z górek albo na mostku przy wyjeździe, i zagrzewa do walki, a potem już na górze kilka, czasem nawet kilkanaście tysięcy kibiców ustawia się w szpalerach po obu stronach Alpe Cermis. Niektórzy mają listy startowe „Rampy”, więc krzyczą też do ciebie, po imieniu, żebyś się nie poddawał. Częstują wodą, ktoś mi kiedyś nawet proponował słodycze.

Ci kibice schodzą się na górę, żeby mieć narciarzy na wyciągnięcie ręki, zaglądać im w oczy, gdy się wspinają, tak jak się zagląda kolarzom podczas wspinaczek na Alpe d'Huez czy Mont Ventoux podczas Tour de France. Albo podczas podjazdów na słynne miejscowe przełęcze, Passo Pordoi czy Passo Pampeago. Val di Fiemme to jest dolina katorgi: Alpe Cermis i Marcialonga nartach, na rowerze Passo Pordoi, Passo Pampeago, które bywały częścią Giro d'Italia. A ostatnio nawet częścią Tour de Pologne, tak bardzo miejscowi zabiegają o reklamę u polskich turystów. I u naszych katorżników. Jeśli ktoś chce podjąć wyzwanie, za rok następna „Rampa”. Tylko nie patrzcie w górę.

Skomentuj:
Justyna Kowalczyk śpiewa ze strachu. Oto Val di Fiemme, dolina katorżników. Ty też możesz spróbować!
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX