Triathlon. Barszowski: Jerzyk celuje w olimpijski medal w Rio

- Naszą najlepszą zawodniczką jest Agnieszka Jerzyk. Trenuje tak ciężko, jak Justyna Kowalczyk. W tygodniu przepływa 30 km, na rowerze przejeżdża nawet 400, a biegiem pokonuje do 100 km. Chcę doprowadzić ją do medalu igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro - mówi trener Paweł Barszowski, który w czerwcu został członkiem zarządu Polskiego Związku Triatlonu. Do sukcesów dyscyplinę ma poprowadzić nowy prezes, znany ze świata polityki Wojciech Olejniczak.
Łukasz Jachimiak: Kiedy, a może czy w ogóle, o polskich triathlonistach będzie głośniej niż o celebrytach takich jak Maciej Stuhr czy Borys Szyc, którzy są znani z zamiłowania do tej dyscypliny sportu?

Paweł Barszowski: To prawda, że triathlon stał się modny, że głośno jest o celebrytach, którzy go uprawiają, ale jestem przekonany, że wkrótce do głosu dojdą nasi profesjonalni zawodnicy. Mamy zdolną młodzież i nowy zarząd. Szykują się zmiany na lepsze.

Pan został członkiem zarządu, na czele którego stanął Wojciech Olejniczak. Polityk, który amatorsko uprawia triathlon będzie dobrym prezesem federacji?

- Pan Olejniczak to znana postać, która naprawdę czuje nasz sport. Wierzymy, że pomoże dyscyplinie. Podobnie cenimy panią Iwonę Guzowską, która również chciała kierować związkiem. To prawdziwa sportsmenka, która właśnie szykuje formę na ironmana.

Proszę wytłumaczyć tym, którzy jeszcze nie połknęli triathlonowego bakcyla, co to takiego.

- 3,86 km do przepłynięcia 180,2 km jazdy na rowerze, a na koniec maraton, czyli 42 195 m biegiem. To triathlon dla wyczynowców. Na igrzyskach zawodnicy startują na krótszych dystansach - płyną 1,5 km, przejeżdżają 40 km, a na koniec mają 10 km biegu.

W Londynie Polacy byli tłem dla najlepszych. Co musicie zrobić, żeby osiągać lepsze wyniki niż 25. miejsce Agnieszki Jerzyk?

- Żeby nie zmarnować potencjału naszych młodych zawodników potrzebujemy pieniędzy. Nasza dyscyplina znalazła się w czwartej, ostatniej grupie dyscyplin olimpijskich na liście Ministerstwa Sportu. Oznacza to, że mamy zapewnione najniższe finansowanie. Ten rok jest dramatyczny, bo środków brakuje nam już nie tylko na zgrupowania, ale nawet na starty, które wcześniej zaplanowaliśmy. Bez startów i zgrupowań w miejscach, w których da się trenować, kiedy u nas jest zima, trudno o progres. Oczywiście Agnieszki to nie dotyczy. Ona jest naszą najbardziej perspektywiczną zawodniczką, musi mieć wszystko zapewnione. Jako jej trener chcę ją doprowadzić do medalu na igrzyskach w Rio de Janeiro.

Cel bardzo ambitny, ale czy możliwy do zrealizowania?

- Na początku przygotowań do Londynu nikt nie brał Agnieszki pod uwagę. Nawet ja sam na nią nie liczyłem. Ona ma 25 lat, dopiero od dwóch startuje w elicie, wcześniej wygrywała wszystko w kategorii młodzieżowców. Tam zdobyła złoto mistrzostw Europy i świata. A że w roku olimpijskim nasza mocna praca dała efekt, to powalczyła o olimpijską kwalifikację i już zadebiutowała na najważniejszej imprezie. W Rio to doświadczenie będzie dla niej bardzo ważne. No i tam pojedzie dużo lepiej przygotowana. Nie będzie musiała w ciągu jednego tygodnia startować na dwóch kontynentach, żeby zdobywać punkty na wagę przepustki na igrzyska. Po szalonym okresie dla swojego organizmu Jerzyk w Londynie była 25., później wchodziła już do pierwszej "20" światowych zawodów, teraz naszym celem jest zbliżenie się do miejsc na podium, a w końcu wejście na nie.

Jakiś czas przed Londynem spotkaliście się na zgrupowaniu w Sierra Nevada z Mają Włoszczowską. Od niej usłyszałem, że nazwisko Jerzyk warto zapamiętać, bo ta dziewczyna mocno pracuje na sukces.

- Praca, jaką Agnieszka wykonuje, jest naprawdę wielka. Miło, że Maja Włoszczowska to zauważyła.

Wielka praca to pojęcie, które w polskim sporcie na pewno kojarzy się z Włoszczowską, a pewnie jeszcze bardziej z Justyną Kowalczyk. Też harujecie codziennie od rana do nocy?

- Dokładnie tak to wygląda. Od pobudki o szóstej rano dzień w dzień zajmujemy się pływaniem, jazdą na rowerze i bieganiem. Często Agnieszka trenuje na zakładkę, czyli np. biegnie, gdy tylko zejdzie z roweru. Czasem nawet przez 50 minut, mając w nogach kilkadziesiąt kilometrów pedałowania. Najwięcej czasu poświęcamy jednak na pływanie, bo to jej najsłabsza strona. W sumie w tygodniu w wodzie ona pokonuje ok. 30 km, na rowerze od 200 do 400, a biegiem od 50 do 100 km. Biegacze mogą powiedzieć, że oni robią więcej kilometrów i to będzie prawda. Ale trudno, żeby było inaczej, skoro koncentrują się tylko na tym. Zresztą, w kwietniu, przy okazji Orlen Warsaw Marathonu, Agnieszka wygrała bieg na 10 km, pokonując wiele profesjonalnych biegaczek.

Ale i tak najszczęśliwsza była wtedy, gdy na trasie wyprzedziła Justynę Kowalczyk.

- To prawda (śmiech). Chwali się tym, bo miło jest pokonać swoją idolkę. Zresztą, niedawno z Justyną i z jej trenerem spotkaliśmy się w tym samym miejscu, co kiedyś z Mają Włoszczowską.

W Sierra Nevada panie potrenowały wspólnie choć przez chwilę?

- Nie, trenowaliśmy oddzielnie, ale razem jedliśmy posiłki i wtedy rozmawialiśmy o treningu.

Stosujecie w nim jakieś nowinki? W waszej dyscyplinie to chyba modne, skoro Alistair Brownlee w drodze po olimpijskie złoto, które zdobył w Londynie, biegał w wodzie.

- W wodzie nie ćwiczymy, ale od niedawna Agnieszka korzysta z namiotu tlenowego. Śpi w nim, dzięki czemu jej organizm funkcjonuje w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują w wysokich górach.

Myśli pan, że triathlonowi celebryci też śpią w takich namiotach? Po co im w ogóle ten triathlon?

- Próbują go, bo to wielkie wyzwanie. To sport emocjonujący, wymagający i widowiskowy. Miło jest pomyśleć, że dałoby się radę wystartować w czymś takim. A jak już ktoś przejdzie od myślenia, że to nie dla niego do spróbowania swych sił, to zauważa, jak wszechstronny jest triathlonowy trening i ile daje. Przy nim np. nie jest potrzebna żadna siłownia. Chyba że na rozgrzewkę.

Pan trafił do triathlonu jeszcze przed jego rozkwitem. Jak ludzie odkrywali ten sport w czasach, kiedy jeszcze naprawdę trzeba go było odkrywać?

- U nas triathlon jest obecny od połowy lat 80. poprzedniego wieku, ale tak naprawdę rozwinął się dopiero na przestrzeni kilku ostatnich lat. Sam trafiłem do niego z biegów, chciałem spróbować czegoś więcej, spodobało mi się, trochę postartowałem, a po kontuzji zostałem trenerem. O triathlonie napisałem pracę magisterską, która później stała się pierwszą w Polsce książką o tej dyscyplinie. A później obserwowałem już, jak miejsce amatorów, którzy tak jak ja przychodzili z biegów czy z kolarstwa zajmują zawodowcy. To zaczęło się dziać po roku 2000, w którym triathlon zadebiutował na igrzyskach olimpijskich w Sydney. Do 2008 roku czekaliśmy na pierwszych polskich olimpijczyków. W Pekinie wystartowali Maria Cześnik, Ewa Dederko i Marek Jaskółka, w Londynie obok Cześnik i Jaskółki mieliśmy Agnieszkę. Wysoko może nie byli, ale obserwując, jak walczą znów zobaczyliśmy, jaki to piękny sport i przekonaliśmy się, że możemy być w nim coraz lepsi.