Herbalife Triathlon Gdynia. Plusy i minusy [RELACJA]

To była rzeczywiście największa impreza triathlonowa w Polsce. Ponad 1000 zawodników wbiegających do wody, prawie 400-metrowa strefa zmian, trasa poprowadzona przez centrum Gdyni - to wszystko robiło ogromne wrażenie. Prawie fenomenalne. Prawie, bo kilka niedociągnięć muszę jednak organizatorom wytknąć.
Plusy

Rozmach i oprawa imprezy były na miarę "największej imprezy triathlonowej w Polsce". Już w biurze zawodów, umiejscowionym w Hali Sportowo-Widowiskowej Gdynia, można było poczuć klimat i skalę wydarzenia. Sprawny odbiór pakietów, porządnie obstawione expo, duża przestrzeń, dużo ludzi, na scenie Łukasz Grass przeprowadza wywiady z zawodnikami, prezentuje ambasadorów. Stuhr, Rozmus, Szyc, Karolak, Topa, Dorociński, Kraśko, Olejniczak (tu w roli zawodnika i nowego Prezesa Polskiego Związku Triathlonu). Jest szał. Aż w końcu nadchodzi (spóźniona 0,5h) odprawa techniczna. I zaczynają się schody, ale o tym zaraz.

Ambasadorowie skutecznie rozsławili Herbalife Triathlon Gdynia (HTG). Dla mnie osobiście fajny - choć pewnie niezamierzony - był też efekt, że przygotowujący się pod okiem Piotra Nettera aktorzy byli na bardzo(!) różnym poziomie sportowym. Dawało to przyjemne uczucie, że to jednak wszystko normalni ludzie, mierzący się ze swoimi słabościami i nadludzkim niemal wysiłkiem. Ostatecznie Robert Rozmus ukończył w zawody w znakomitym czasie 5h13'52", a Tomek Karolak na przykład również w znakomitym, choć nieco dłuższym - 7h09'27".

Zdecydowanie pozytywnie oceniam organizację tras. Trasa pływacka świetnie widoczna z lądu, przez co atrakcyjna również dla kibiców. Poza tym świetnie oznaczona i równie dobrze zabezpieczona. Jedną z bojek wspomagał ogromny statek "Regina", więc stosunkowo łatwo było utrzymać odpowiedni kurs - a to na otwartej wodzie jest największym wyzwaniem.

Trasa rowerowa składała się z trzech pętli, co lubię, bo łatwiej wtedy rozłożyć siły. Częściowo przebiegała przez miasto i w tych fragmentach można było liczyć na wspaniałe wsparcie kibiców. Niestety, w pozostałej części, na otwartych podmiejskich terenach, można było spodziewać się już tylko bardzo silnych podmuchów wiatru. Dawały w kość. Na nie oczywiście organizatorzy nie mieli wpływu, ale na dokładne oznaczenie dziur w nawierzchni i karanie draftujących kolarzy już tak. Ale o tym zaraz.

Trasa biegowa rekompensowała trudy rowerowej. Była fantastycznie poprowadzona przez główne ulice i deptaki Gdyni. Kibice stali na całej niemal długości i autentycznie dodawali skrzydeł! Za to ogromny plus i dla organizatorów i dla mieszkańców Trójmiasta!

Fantastyczni byli też uczestniczący w HTG zawodnicy. Trzeba mieć jaja, żeby wystartować w 1/2Ironmenie. Trzeba też swoje wypływać, wybiegać i wyjeździć, znać swój organizm, znać możliwości i nie bać się ich przekraczać. I to widać na twarzach zawodników. Startowali wyżyłowani zawodowcy na kosmicznym sprzęcie, ale też mnóstwo debiutantów, 18-latkowie i Pan Leszek Dacewicz, rocznik 1939. Szczególnie miło patrzy się na amatorskie teamy zapaleńców, którzy w pewnym momencie zamiast na piwo, zaczęli się umawiać na wspólne bieganie czy rower i teraz razem starują w przeróżnych imprezach sportowych. Ja zapoznałam IronTeam3City i ich "funklub", czyli kibicujących bliskich, żony, dzieci. Fantastyczni ludzie!

Minusy

Najważniejsi są ludzie. Miałam wrażenie, że chwilami dla nich właśnie zabrakło organizatorom uwagi - w szczegółach, bo całokształt wypad świetnie. Ale w szczegółach, jak wiadomo, tkwi diabeł.

Minusy wypiszę w punktach, bo nie chcę się pastwić, a jedynie zwrócić uwagę na kilka zagadnień. Zacznę od bardzo przyziemnych, ale co tu dużo mówić - z punktu widzenia zawodnika - kluczowych: 1. Za mało toalet - w strefie zmian stały dokładnie dwie, w drodze do strefy startowej około dziesięciu. Przy tak dużej imprezie potrzeba 10 na każdą setkę uczestników!

2. Wszystkie w/w obiekty nie były wyposażone w papier toaletowy. Rzecz może jeszcze bardziej przyziemna, ale niekiedy jeszcze bardziej kluczowa.

3. Brak wyraźnych dużych map tras w pakiecie startowych. Takie były dostępne tylko w internecie.

4. Niewystarczająco przeszkoleni wolontariusze - nie chcę być niesprawiedliwa, więc napiszę, że akurat trafiłam na takich, którzy nie wiedzieli gdzie skierować kibiców czy osoby chcące ominąć trasę wyścigu, nie znali topografii miasta ani programu imprezy. Nikt spośród osób z plakietkami "organizator" nie był w stanie wskazać mi biura prasowego (wykonując 2 telefony, zrobił to dopiero wolontariusz Paweł Madej, któremu serdecznie dziękuję!). Tekst: "Przybij piątkę, to dam Ci wodę! Hahaha!" z ust wolontariusza na punkcie odżywczym, na 15.km trasy biegowej też raczej był nie na miejscu.

5. Spóźniona, rozwleczona (trwała 1,5h!) i nie do końca dopracowana odprawa techniczna. W swoim zamyśle powinna rozjaśniać, tłumaczyć i rozwiewać wszelkie wątpliwości. Ta chwilami wprowadzała większy zamęt. Np. w kwestii organizacji ruchu czy wyprzedzania na trasie rowerowej.

6. Nie wszystkie dziury w jezdni na trasie rowerowej oznaczono. Większość na szczęście była zamalowana odblaskowym różowym sprayem, ale nie wszystkie - i to może zdekoncentrowało uwagę co po niektórych. W ten sposób sporo osób straciło dętki, a kilka nawet możliwość ukończenia wyścigu.

Ogólnie imprezę oceniam dobrze, podobnie jak mój debiut na dystansie 1/2IM ?? Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej - i z organizacją i z moją formą.