Agnieszka Jerzyk: Triathlon przez 360 dni w roku

Triathlon to ogromny wysiłek dla organizmu. Dlatego tak ważna jest regeneracja. Co robić, żeby odpoczynek dawał ciału jak najwięcej? - Jeść, rozciągać się, spać, słuchać muzyki i czytać książkę - radzi Agnieszka Jerzyk, czołowa polska triathlonistka, ambasadorka Enea Tri Tour

Wygraj wyjazd na maraton do Monachium w konkursie Oktoberbieg

W tym roku na dystansie olimpijskim odniosła największy sukces w historii polskiego triatlonu, zajmując trzecie miejsce w zawodach cyklu World Triathlon Series. To prestiżowa impreza, w której startuje światowa elita, między innymi mistrzyni świata Gwen Jorgensen. - Triathlon zawsze dawał mi mnóstwo radości - mówi

PAWEŁ JELENIEWSKI: W domu ktoś uprawiał sport?

AGNIESZKA JERZYK: Nie, nikt nie uprawiał. Jednak moim zdaniem rodzice mają typowo sportowe charaktery. Nie stronią od ciężkiej pracy, są ambitni i konsekwentni. W sporcie to cechy niezbędne.

Coś w tym jest. Powiedziała pani kiedyś: „Bywało, że miałam 5-7 dni w roku wolnych od treningu. Były to dni przeznaczone na podróż na zawody”. Ten triatlhon to okropna harówa, 360 dni w roku!

- Tak rzeczywiście było. Chociaż wcale nie czułam bólu, który powinien mi przecież towarzyszyć. Mocno marzyłam o starcie na igrzyskach olimpijskich, byłam nastawiona na wyniki. Triathlon dawał mi tyle radości, że nie czułam potrzeby odpoczywania. Triathlon to było dla mnie wszystko. Wiadomo, że czasami nie było łatwo i bywały dni, kiedy był tylko jeden trening. Ale zawsze był.

Teraz potrzebuję trochę więcej czasu na regenerację. Profesjonalnie trenuję już 6 lat. Obecnie pojawiła się też presja - chcę pokazać, na co mnie stać.

Skąd triathlon?

- Moja przygoda ze sportem w ogóle zaczęła się, kiedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej zaczęłam chodzić na zajęcia pływania. Potem, w czwartej klasie poszłam na profil pływacki. Na początku trening miałam raz, a potem dwa razy dziennie.

W drugiej klasie gimnazjum spróbowałam lekkiej atletyki. Nie poprawiałam wyników pływackich, tak żeby dawało mi to satysfakcję. Jeździłam na zawody szkolne i wygrywałam z dziewczętami, które trenowały na co dzień w klubach. Lekka atletyka spodobała mi się na tyle, że zaczęłam ją trenować.

Cały czas jednak brakowało mi ciężkiego treningu pływackiego. W tajemnicy przed trenerem biegania wymykałam się na pływalnię.

Stąd wziął się triatlon. Do pływania wrócić już nie mogłam, bo dwa lata przerwy w regularnym treningu nie pozwoliłyby mi na to, by wrócić na poważnie do pływania.

Wystartowałam w pierwszych zawodach i je wygrałam. Sukces zachęcił mnie do tego, żeby przy triatlonie zostać. Wtedy jeszcze nie myślałam, że będzie to mój sposób na życie. Uprawiałam go i sprawiał mi radość. To była dobra zabawa. Wiedziałam, że to jest dyscyplina olimpijska i po cichu marzyłam, że kiedyś uda mi się pojechać na igrzyska. Na pewno nie traktowałam go jako pracy. Oczywiście, kiedy pojawiły się pierwsze sukcesy na arenie międzynarodowej, zaczęłam o triatlonie myśleć jak o planie na życie.

Ma pani jakąś odskocznie od triathlonu?

- Cały czas czegoś takiego szukam. Ostatnio zaczęłam grywać w tenis z moim chłopakiem. To świetna zabawa. Uczę się czegoś nowego. Teraz też więcej czasu spędzam poza domem, na przykład na spacerach. Nie jest już tak jak dawniej, kiedy po treningu spędzałam czas nieruchomo z książką, przy komputerze, przed telewizorem.

To jak wygląda regeneracja przy tak intensywnym treningu?

- To bardzo trudna rzecz. Dlatego też mam teraz problem z przetrenowaniem. Musieliśmy coś przeoczyć z trenerem. Chyba nie powinnam wypowiadać się na ten temat ( śmiech ).

Na pewno bardzo ważne jest to, żeby maksymalnie 30 minut po treningu zjeść coś, co uzupełni zapas glikogenu w mięśniach. Poza tym istotna w regeneracji jest odpowiednia dawka snu.

Nie korzystam za często z odnowy biologicznej, masaży, kąpieli perełkowych. Może powinnam tego spróbować? Do tej pory trener uważał, że moją główną regeneracją jest basen. Moje mięśnie miały się regenerować w czasie pływania. Jednak treningi pływackie były za ciężkie.

Czy ma pani radę dla początkujących triathlonistów odnośnie do regeneracji?

- Tak jak mówiłam, po pierwsze, zjeść najpóźniej 30 minut po treningu. Po drugie, rozciąganie. Po wysiłku trzeba rozciągnąć mięśnie. Dobrym sposobem na regenerację jest też zwykła kąpiel solankowa. Wystarczy do kąpieli dosypać dwa kilogramy soli i poleżeć 20-30 minut w roztworze. Zmiennocieplny prysznic to też dobra rzecz.

Na rynku pojawiło się ostatnio mnóstwo maści regenerujących. Ja ich nie używam, ale dla amatorów mogą być dobre.

Bardzo ważny jest również odpoczynek psychiczny. Jeśli odpoczywa głowa, to odpoczywa też ciało. Dlatego amatorzy nie powinni zapominać o tego typu regeneracji. Warto czasem w spokoju posłuchać dobrej muzyki, poczytać książkę. Każdy znajdzie coś dla siebie.

A propos jedzenia 30 minut po treningu, to co pani poleca?

- Najlepsze są węglowodany - banan, może jakieś łakocie. Chodzi o to, żeby mózg dostał impuls, że pojawiło się coś słodkiego. Są też odżywki, ale ja z nich nigdy nie korzystałam i nigdy do nich nie byłam przekonana. Wolę zwykłe jedzenie.

Niektórzy triatlhoniści mają bzika na punkcie diety. Ostatnio przeczytałem autobiografię medalistów olimpijskich braci Alistaira i Jonathana Brownlee. Panowie nie przestrzegają ściśle wyznaczonej diety. Jedzą pizzę, słodycze. Do której grupy pani należy?

- Braciom Brownlee jest dużo łatwiej. Mają idealną budowę triatlonistów i nie tyją tak szybko. U mnie jest trochę inaczej. Bardzo lubię słodycze i trudno mi ich sobie odmówić. Nie jadałam ich tylko przed igrzyskami olimpijskimi. Nigdy potem nie ważyłam tak mało jak wtedy.

Może gdybym ich nie jadła cały czas i waga wskazywałaby mniej, to osiągałabym lepsze wyniki? Żeby była jasność: uważam na to, co jem, ale nie mam bzika żywieniowego. Zawsze po zawodach mam ochotę na coś „zakazanego”. Raz na jakiś czas sobie na to pozwalam. Trzy razy w roku jem w McDonaldzie.

Myślę, że ważne są przyzwyczajenia żywieniowe nabyte w dzieciństwie. Gwałtowna zmiana może przynieść odwrotny, niepożądany skutek.

Co pani zdaniem przyciąga amatorów do triathlonu?

- Na pewno to, że mówi się, że jest to sport dla ludzi z żelaza. Człowiek potrzebuje wyzwań. Niektórzy kończą maraton i chcą spróbować czegoś innego. Wydaje mi się, że działa tu też efekt nowości. Wszyscy lubimy nowe rzeczy.

Jakie zawody poleca pani debiutantowi? Dużą czy bardziej kameralną imprezę?

- Jeśli ktoś jest słabym pływakiem, to na pierwszy start powinien wybrać nieduże zawody. Dla takiej osoby start w tłumie może się skończyć bardzo niemiłym wspomnieniem, na przykład podtopieniem. Jeżeli ktoś dobrze czuje się w wodzie, to nie będzie miał takiego problemu.

Ja lubię startować i w dużych, i w małych imprezach. Jedne i drugie mają swój urok.

Pięć rad dla początkujących triathlonistów?

- Na świecie jest tylu ludzi i każdy jest inny. Trudno dawać rady uniwersalne. Jedno jest najważniejsze - robić to, co się lubi, i jak się trenuje, to tak, żeby dobrze czuć swoje ciało. Jednemu odpowiada coś, drugiemu coś innego.

Startuje coraz więcej nowych osób, a nie wszyscy znają zasady dobrego triatlonowego wychowania. Potem na trasie pojawiają się kłopoty. Na przykład drafting...

- Każdy sportowiec powinien mieć zasady. Dla mnie niezrozumiałe jest oszustwo. Kiedy startuję w zawodach, robię to dla siebie. Nie wiem, jak można wieźć się komuś na kole dla wyniku (drafting), skoro jest to zakazane. To nie tylko oszukiwanie innych i siebie. Co z tego, że zdobędę medal, jeśli po wyścigu nie będę czuła satysfakcji.

Nie wiem, skąd w Polsce ten drafting wśród amatorów. Może z przekonania, że skoro Jacek czy Tomek wiozą się na kole, to ja też tak zrobię, bo potem Jacek i Tomek wyprzedzą mnie na biegu. Taki ktoś zapomina jednak, że triatlon to walka z samym sobą i przy okazji z innymi. Nie na odwrót.

Trzeba stanąć przed lustrem i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy łamiąc zasady, jest się zawodnikiem.

spisbiegaczy-640x400