On The Run. Biegowa randka z moją fitnessową żoną

Przepięknie oświetlona trasa w Łazienkach, pół tysiąca biegaczy i wyjątkowa atmosfera. Tak wyglądała druga edycja On The Run, wieczornego biegu na 5 km.

Jedni wybrali się do kin na „50 twarzy Greya”, inni na romantyczną kolację do restauracji, a jeszcze inni do Parku Łazienkowskiego, gdzie w Walentynki o godz. 19.30 został rozegrany On The Run. Odbył się już po raz drugi. To wyjątkowy bieg z trzech powodów.

Po pierwsze - jeszcze cztery lata temu nie wolno było biegać po XVIII wiecznym parku.

Po drugie - wystartowaliśmy po zmroku, co przy przepięknie oświetlonych alejkach, setkami biegaczy, wyposażonymi w latarki i elementy odblaskowe, dawało piorunujące wrażenie.

Po trzecie - cały dochód ze sprzedaży pakietów startowych został przeznaczony na Fundację Mariusza Wlazłego, mistrza świata i siatkarza PGE Skry Bełchatów.

Podczas walentynkowej edycji nagrody przyznawano w trzech kategoriach: mężczyzn, kobiet i rzecz jasna wśród najlepszych par.

Najszybszym zawodnikiem okazał się Paweł Olszewski z odjazdowym czasem 17 minut i 19 sekund. - Drogie panie, ważna informacja, to najszybszy biegacz w Warszawie! - zapowiedział zwycięzcę spiker zawodów. Tuż za nim na metę wbiegli: Krzysztof Zegarek 17:34, Adam Tkaczyk 17:37. W klasyfikacji kobiet najlepsze były Katarzyna Gorlo 20:33, Emilia Zielińska 20:45 i Jolanta Kamińska 21:04. Wśród par zwyciężyła „Emilia&Artur” (Artur Błaszczyk i Emilia Zielińska), których wspólny wynik wyniósł 38:58. Na podium znalazły się również: „Love Stones” (Jolanta Kamińska i Michał Kamiński) z czasem 42:45 oraz „Jadziewicz” (Jakub Jadziewicz i Jadwiga Jadziewicz) 44:37.

Musiałem się uszczypnąć

Na pięciokilometrową randkę On The Run w Łazienkach zabrałem Paulę, moją żoną, która - co w tej historii ważne - wiele razy bez owijania w bawełnę dawała mi do zrozumienia, że nie przekonam jej do biegania. Za każdym razem, kiedy próbowałem ją wyciągnąć na biegowy trening, odpowiadała wprost. „Nie. Sorry, ale to naprawdę nudne” - dopowiadała.

Co innego fitness, który intensywnie trenuje od ponad roku. Zaczęło się od ćwiczeń przed telewizorem z Ewą Chodakowską. Później z Jillian Michaels, najbardziej znaną amerykańską trenerką i wyznawczynią drakońskiej teorii „Dopóki nie zemdlejesz, zwymiotujesz albo umrzesz, kontynuuj”.

Szybko się okazało, że Jillian Michaels już przeszłość. Teraz Paula wybiera grupowe zajęcia w siłowni o obco brzmiących nazwach: ABT (abdominal, buttocks, thights), Body Pump (ćwiczenia z wykorzystaniem sztangi), Indoor cycling, TBC (Total Body Conditioning) czy TMT (Total Muscle Training). W skrócie - 45 minutowe ćwiczenia, a raczej terror dla całego ciała. Wygląda się po nich jak zmokła kura, ale efekty są zdumiewające.

Kiedy nieśmiało zaproponowałem wspólny start w On The Run, usłyszałem „Super!”, pomyślałem, że się przesłyszałem. A gdy dodała „Pomożesz mi pobiec poniżej 30 minut?”, musiałem się uszczypnąć. Nie wierzyłem własnym uszom, kiedy moja „fitnessowa” żona, która nigdy nie ukrywała, że nudzą ją moje dyskusje o „życiówkach”, a już tym bardziej biegowych strategiach, chciała, żebym był jej pacemakerem, czyli osobą, która nadaje tempo na zawodach!

Telewizje i atak paparazzich

To był wyjątkowy bieg jeszcze z kilku innych powodów. Przed żadnymi innymi zawodami na 5 km nie widziałem reporterek telewizji śniadaniowych, które polowały, żeby nagrać energiczną „setkę” z rozbieganą parą. Przed startem żadnego innego biegu nie widziałem tylu fotoreporterów, których flesze rozbłysły chwilę po starcie. Kolejny atak paparazzi przepuścili na 1. kilometrze. - Czuję się jak celebrytka - rzuciła zadowolona jedna biegaczka.

Paula była nie wzruszona. Przyświecał jej konkretny cel. Biegła w tempie 6:10 min/km. - Daleko jeszcze? - odezwała się, walcząc z lekką zadyszką.

- Spokojnie, za chwilę półmetek. Świetnie ci idzie, ale musimy trochę przyspieszyć. Jest dobrze? - zapytałem chyba po raz trzeci.

- Tak. Powiedz mi jak zostanie kilometr. I nie pytaj się ciągle, czy wszystko OK. Jak będzie za szybko, to ci powiem - ucięła moje nadgorliwe troski.

3. kilometr: - Już nie mogę... - usłyszałem wyraźne zwątpienie. - Zwolnij na chwilę i pędzimy dalej. Dasz radę! - podtrzymywałem na duchu. Nie poddała się.

Gdy GPS wskazał, że przebiegliśmy 4. kilometr, byłem pewien, że da radę. Biegliśmy znacznie poniżej 6 minut na kilometr. Kiedy do mety zostało 500 metrów, na głos odliczałem jej każdy stumetrowy odcinek. Pomogło. Ostatnie 200 metrów gnaliśmy w najszybszym tempie. Przed metą chwyciliśmy się za ręce, a potem triumfalnie odebraliśmy medale. Czas: 29 minut i 32 sekundy.

Kolejną edycję On The Run, wieczornego biegu w Łazienkach zaplanowano na marzec. Znowu będziemy...

Więcej moich tekstów znajdziecie tutaj i na moim blogu. Zapraszam!