Moja Czomolungma - Jacek Hugo-Bader opowiada o swojej przeprawie przez pierwszy maraton

- Jeżeli myślisz, że jesteś mężczyzną, boś spłodził syna, posadził drzewo i wybudował dom, to jesteś w błędzie. Spróbuj przebiec maraton - napisał Jacek Hugo-Bader w artykule z 1997 roku. Zapuszczamy się w przeszłość polskiego biegania, nie tak odległego pod względem czasu, wszak to tylko 15 lat, dalekiego jednak od sytuacji, którą obserwujemy dziś. W 1997 roku bieganie w Polsce było jeszcze sportem uprawianym przez grupkę zapaleńców. Dziś przeżywa wielki rozkwit. Zapraszamy na powrót do przeszłości, poprzez niezwykłą, intrygującą opowieść o pierwszym maratonie.

Tekst opublikowano w dodatku do Gazety Wyborczej, wydanie z dnia 07.11.1997 r.

Nie wiem, skąd wzięło się to głupie powiedzonko o drzewie, synu i domu. A cóż to za wyczyn spłodzić syna? Powiedziałbym, że nie lada przyjemność. W sadzie moich rodziców posadziłem kilkadziesiąt drzew, ale też nie powiem, żebym poczuł się nadzwyczajnie. Nawet gdy sprzedaliśmy z moją żoną Agatką małe mieszkanko na dziewiątym piętrze i kupili za to ruderę na dalekim przedmieściu, którą tytanicznym wysiłkiem zamieniliśmy w mieszkalny dom, nie poczułem dumy, tylko ulgę.

To, co czułem biegnąc w maratonie, o miliony lat świetlnych wyprzedziło wszystkie wysokolotne doznania, jakich doświadczyłem w życiu. Mało mnie nie rozerwało z dumy, że wystartowałem.

Wybaczcie to nazbyt osobiste wyznanie (cały tekst będzie taki), ale także po to, żeby wam o tym opowiedzieć, postanowiłem katować własne ciało przez 42 195 metrów, co dla mnie miało być 60 279 krokami. Mając równo 40 lat, wystartowałem w pierwszych zawodach biegowych w życiu. Z numerem 838 na piersi stanąłem 5 października wśród 730 zawodników na starcie XIX Maratonu Warszawskiego.

Start

Blitzkrieg Andrzeja Gołoty


Huknął strzał. Wszyscy ruszyli. Jakiś biegacz za moimi plecami dostał ataku kaszlu. Pierwsze dowcipki. - To co? Leciem na piwko? - Chyba do szpitala - odpowiada ktoś inny. Startujemy z placu Zamkowego, a na Krakowskim Przedmieściu za Uniwersytetem jakiś zawodnik gramoli się do wykopu na ulicy, gdzie wiatr zdmuchnął jego czapkę. Strasznie dzisiaj wieje.

Wreszcie biegnę. Już jestem spokojny, rozluźniony, rozgrzany, nie ma śladu zdenerwowania. Bałem się okropnie. Nie mogłem spać z emocji. Agatka śmiała się ze mnie i mówiła, że mam typową reisefieber. Być może, i to pierwszy raz w życiu. Powtarzałem sobie, że ja nic nie muszę, że będę szczęśliwy, kiedy ukończę bieg, ale nie pomagało. Wszyscy się boją pierwszego maratonu.

To, co czułem biegnąc w maratonie, o miliony lat świetlnych wyprzedziło wszystkie wysokolotne doznania, jakich doświadczyłem w życiu. Mało mnie nie rozerwało z dumy, że wystartowałem.

Dźwigam ze sobą dyktafon. Wszystko, co widzę, czuję i pomyślę, będę zapisywał. Przywiązałem go linką do ręki, bo w czasie maratonu mdleją ze zmęczenia nie tylko nogi, ale i ręce. Diabli mnie biorą, bo prawdziwi maratończycy nie wkładają skarpetek, żeby mieć lżej, a ja taszczę elektronikę, ale co zrobić.

- W czasie maratonu człowiek ma cudowne, bardzo proste przemyślenia, tylko że natychmiast wszystko zapomina - opowiada Jurek, kolega, który mnie namówił, żebym z nim wystartował.

- To skąd wiesz, że są fajne, skoro nie pamiętasz?

- Ale pamiętam barwę, ten smak. Zawsze chciałem to zapamiętać, ale to jest jak sen: jak od razu komuś nie opowiesz - zapomnisz.

Jurek Płusa był moim nauczycielem wychowania fizycznego w liceum. Ma dwanaście lat więcej ode mnie i pięć maratonów za sobą. W zeszłym roku startował w 24-godzinnym biegu. W ciągu doby pokonał 132 kilometry.

- Pamiętaj o sylwetce - instruuje Jurek. - Biodra wysoko, tułów wyprostowany, nie pochylaj głowy. Przy twoim wzroście najlepszy krok to 70 centymetrów. Stąpaj na śródstopie. Utrzymuj tempo biegu. Nie przyspieszaj nawet z górki, bo potem zdechniesz. To jest maraton. On się zaczyna na 35. kilometrze. Każda ekstrawagancja w rytmie biegu, a nawet w jedzeniu i piciu, zabije na ostatnich kilometrach.

- Zawodowcy nie jedzą - mówię Jerzemu.

- Ale oni biegną dwie godziny z hakiem, kobiety dwie i pół, więc nie muszą. Ty będziesz na trasie może nawet pięć godzin, więc musisz się posilać.

Oglądamy łydki biegnących przed nami zawodników. Jurek na oko ocenia, kto ukończy bieg, kto ma koślawe, a kto szpotawe nogi, albo za bardzo napięte mięśnie. Kobiet jest bardzo mało. Jurek mówi, że to z powodów estetycznych. Jego żona, którą także próbował namówić do biegania, tak mu odparła: "Popatrz, jak ty wyglądasz, spocony, nieświeży, sponiewierany jak ścierka. Prawdziwy ochłap człowieka".

Tysiąc złotych burmistrza

Maratończycy-amatorzy bardzo dużo rozmawiają, szczególnie w pierwszej połowie dystansu. W biegu to nie przeszkadza. Jeżeli ktoś nie może mówić, to znaczy, że biegnie za szybko, a co za tym idzie, na pewno nie ukończy.

Maraton to spore wydarzenie towarzyskie. Poznaje się nowych ludzi, gawędzi o pogodzie (tak ważnej dla biegaczy), czasach, jakie chce się uzyskać, taktyce, butach, wspomina inne maratony. To bardzo przyjemne. Rozmawiasz z taksówkarzem, przebiegasz pięć kroków i jesteś obok anestezjologa, który robi ci wykładzik o deficytach cukru w organizmie maratończyka, następne pięć kroków i gadasz z górnikiem z Kopalni Węgla Kamiennego "Bogdanka", kolejne pięć kroków i masz policjanta albo zakonnika. Tej niedzieli tematem numer jeden była błyskawiczna klęska Andrzeja Gołoty.

Kobiet jest bardzo mało. Jurek mówi, że to z powodów estetycznych. Jego żona, którą także próbował namówić do biegania, tak mu odparła: "Popatrz, jak ty wyglądasz, spocony, nieświeży, sponiewierany jak ścierka. Prawdziwy ochłap człowieka".

W Alejach Ujazdowskich, gdzieś na drugim czy trzecim kilometrze, do naszej pary przycumował na dłużej zawodnik z numerem 335.

Jan Połczyński jest emerytem z Drawska Pomorskiego. Biegnie dziewiętnasty maraton w życiu i ocenia, że w tym tempie uzyskamy czas w granicach czterech godzin.

- Jeśli pan pierwszy raz - mówi do mnie Jan Połczyński - to radzę pofolgować. Pierwszą dziesiątkę nie szybciej niż w 55 minut. Prawdziwy maraton rozpoczyna się po 30. kilometrze. Jeśli będzie miał pan siłę, wtedy można pogonić.

Sponsorem pana Jana jest burmistrz miasta.

- Tylko dzięki niemu wszędzie biegam. Mam 465 złotych emerytury, więc nie stać mnie, żeby wydać sto złotych na bilet, nocleg i wpisowe. Burmistrz co roku w budżecie zostawia tysiąc złotych na te rzeczy. W Drawsku tylko dwie osoby biegają maraton. To jest promocja miasta. Czasami, jak dobrze pogadam, to radni nawet zatwierdzą, żeby burmistrz kupił mi buty startowe.

Na ulicy Belwederskiej mamy z górki, widać wyraźnie, że wąż biegaczy ma już kilka kilometrów długości. Nie przebiegliśmy jeszcze pięciu kilometrów, a niektórzy dają nura w krzaki przy ambasadzie rosyjskiej.

- Okropna strata czasu - krzywi się Jurek. - Przy takim wysiłku i zimnie minie minuta, nim zacznie człowiekowi coś kapać.

5 kilometr

Napój z pomyjami

Na piątym kilometrze sędziowie pokazują czas. Biegniemy 26 minut. Pierwszy bufet. Można się napić. Nawet trzeba. Łapię jakiś kubek, w biegu nabieram wody i piję, a towarzycho w śmiech. Mało się nie poprzewracali. Ci, co lecą przed nami, odwracają się, żeby zobaczyć, co się stało.

- Miałeś szczęście, że nóg nikt nie umył - komentuje Jerzy.

- Bo co? - nic nie rozumiem.

- Napiłeś się wody do mycia.

- Ale na pewno było dużo soli mineralnych - dodaje rzeczowo pan Jan.

No tak. Myślałem, że w maratonie jest samoobsługa. W misce, z której zaczerpnąłem, płucze się gąbki. Obsługa podaje je biegaczom. Podaje też kubki z wodą i napojami, tylko że przy pierwszym bufecie picia zabrakło, więc wszyscy sobie poszli, a ja, nowicjusz, zapłaciłem frycowe.

Pić trzeba w każdym bufecie (jest co pięć kilometrów). To najważniejsze. Taki jak ja, 70-kilogramowy człowiek, traci podczas maratonu ponad dwa litry wody. Jeśli nie będzie jej uzupełniał, przestanie się pocić, a więc chłodzić organizm. W najzimniejszy nawet dzień odwodni się, dozna szoku termicznego, gwałtownie osłabnie, dostanie wymiotów (częsty obrazek na maratonach), będzie miał zaburzenia widzenia. Uszkodzone zostaną nerki, wątroba i mózg.

Te medyczne opisy znam z książki "Biegaj razem z nami" Zbigniewa Zaremby, który był trenerem kadry narodowej długodystansowców. Bardzo starałem się zapamiętać wszystkie ważne szczegóły, dlatego byłem taki chytry na tę wodę.

Instynkt pasterza Spirosa

Pomysł biegania maratonów zrodził się w głowie Michela Briala, paryskiego nauczyciela. Zaproponował on baronowi de Coubertin, twórcy nowożytnych igrzysk, włączenie tej konkurencji do programu pierwszej olimpiady rozgrywanej w Atenach w roku 1896.

Długość trasy ustalono na 40 kilometrów, chociaż z Maratonu do Aten jest tylko 37. Bieg rozgrywał się na trasie, którą 2386 lat temu pokonał posłaniec Filippides po wiktorii wojsk ateńskich nad Persami. Młodzieniec przybiegł z pola walki do stolicy, krzyknął: "radości, zwyciężyliśmy!", i padł martwy - tak utrzymuje Plutarch.

Tak jak w starożytnej Helladzie, gdzie zwycięzcom igrzysk zapewniano dożywotnie utrzymanie, triumfator pierwszego maratonu w historii (nie licząc wyczynu Filippidesa), miał być zasypany gradem nagród. Greccy przemysłowcy, kupcy i arystokraci prześcigali się w wymyślaniu mu przyjemności. Restauratorzy chcieli go karmić do śmierci i poić winem, krawcy mieli go dożywotnio ubierać, fryzjerzy golić i strzyc, a dorożkarze wozić. Bankierzy otwierali mu nieograniczony kredyt, a właściciele teatrów dawali dożywotnio królewską lożę. Wszystko dla zwycięzcy maratonu... pod warunkiem, że zwycięży Grek.

Tymczasem wszyscy specjaliści wskazywali na Australijczyka Flecka, który na igrzyskach zwyciężył w najdłuższych wtedy biegach na bieżni, czyli na 800 i 1500 metrów.

Australijczyk spokojnie prowadził bieg przez długi odcinek trasy. Podążało za nim kilku innych zawodników, ale żaden nie był Grekiem. Dopiero kilkaset metrów za czołówką biegł samotnie grecki zawodnik, Spiros Luis. Spiros był pasterzem. Konał ze zmęczenia i gorąca. Myślał tylko o jednym: żeby się napić. W owym czasie nie karmiono i nie pojono maratończyków, więc kiedy Spiros zobaczył przydrożną gospodę, zatrzymał się, wstąpił, wypił duszkiem szklanę wina i pognał dalej. Na pięć kilometrów przed metą dopadł czołówkę, wyszedł na prowadzenie i zwyciężył. Nieszczęsny Australijczyk nie ukończył nawet biegu. Rodacy wznieśli zwycięzcy pierwszego w historii maratonu pomnik.

Spiros biegł 2 godziny, 58 minut i 50 sekund (2:58.50,0), o 53 minuty dłużej niż najlepsi dzisiejsi maratończycy, którzy mają do pokonania 2195 metrów więcej. Instynkt podpowiedział mu, co powinien uczynić, i dzięki temu wygrał. Woda zawarta w winie zmniejszyła deficyt płynów w organizmie, a alkohol podziałał jak środek dopingujący. Takiego instynktu nie miał Portugalczyk Lazaro, który w roku 1912 na piątych igrzyskach w Sztokholmie, po przebyciu 30 kilometrów padł i więcej już nie wstał. Zmarł w szpitalu z przemęczenia i odwodnienia.

10 kilometr

Ubijanie dysków

Biegniemy już 54 minuty. Organizatorzy znowu nawalili. W bufecie na ulicy Wilanowskiej nie ma wody do picia.

Mamy wiatr od prawej, w plecy. Jurek, który zna się trochę na żeglarstwie, mówi, że biegniemy baksztagiem, czyli kursem przy wietrze z boku od rufy.

Czasem myślę, że nigdy w życiu nie byłem taki wolny, jak jestem przez tych parę godzin, kiedy biegnę.

To najprzyjemniejszy fragment każdego długiego biegu - druga dziesiątka kilometrów. Jesteśmy świetnie rozgrzani, ale nie zmęczeni, w zasadzie dopiero się rozkręciliśmy. Jak dobra maszyna z ciężkim kołem zamachowym złapaliśmy optymalny dla siebie rytm biegu i oddechu. Maratończyk czuje wtedy, że mógłby tak gnać godzinami.

"Biegłem równym truchtem i gdy wpadłem w rytm, zapomniałem, że biegnę, prawie nie uświadamiałem sobie, że moje nogi podnoszą się i opadają, że ramiona kołyszą się, że płuca pracują, i pozbyłem się dzikiego bicia serca, które zawsze mnie nęka na początku biegu. [...] Czasem myślę, że nigdy w życiu nie byłem taki wolny, jak jestem przez tych parę godzin, kiedy biegnę" - Alan Sillitoe "Samotność długodystansowca".

To najlepszy czas do rozmyślań. Na razie nic jeszcze nie boli, chociaż są tacy maratończycy, którzy mówią, że lubią, gdy im coś dolega. Wtedy czują, że żyją.

- Jak człowieka poboli, to nawet dobrze - mówi pan Jan. - To zapewnia jasność umysłu.

Bieg to jest czynność medytacyjna - jak siedzenie w pozycji kwiatu lotosu. Niewygodnie i trochę boli. Ot, taka głupia noga na przykład. W iluż ona miejscach może boleć. W każdym zgięciu - wiadomo. W kolanie na przykład jest maleńka chrząstka, łąkotka - typowe miejsce kontuzji. Staw biodrowy to ulubione miejsce awarii wszystkich maratończyków po czterdziestce. Jest to część, która bardzo się zużywa od biegania po twardej nawierzchni. 42 kilometry biegu po asfalcie niewiarygodnie harata panewkę, w której porusza się główka kości udowej. Wysiąść może wielkie ścięgno Achillesa, ale i drobiazg, którego istnienia nawet nie podejrzewałeś. Wystarczy, że zsunie ci się skarpetka, zacznie trochę uwierać, więc nie wiedząc nawet o tym, zmieniasz geometrię biegu i już po kilku kilometrach masz jak w banku ból mięśni stabilizujących. To te małe mięśnie z przodu łydki, których całą robotą jest utrzymanie człowieka w pionie.

Każdy maratończyk ma jakieś słabe miejsce. Na razie jednak nic nie boli, ale biegniesz i cały czas myślisz: wytrzyma, czy nie wytrzyma? Kiedy zacznie? Całą uwagę skupiasz na tym miejscu, myślisz o nim, siedzisz prawie w tym stawie, mięśniu lub ścięgnie. Widziałem jegomościa z huty szkła w Głogowie (taki miał napis na koszulce), który biegł w typowym rytmie na cztery, to znaczy, że jeden wdech i wydech robił w ciągu czterech kroków. Biegł i w rytm kroków skandował sobie pod nosem: "mo-ja-no-ga, mo-ja-no-ga...".

Biegacze to klan ludzi wolnych i równych. Na buty każdego stać. To nie są surferzy, narciarze czy snowboardziści, którzy mogą sobie ułatwić życie pieniędzmi. Tu nikt nie uniknie bólu i niewygody. Tutaj się nie da, jak u narciarzy, kupić komercyjnego, piekielnie drogiego karnetu, żeby ominąć kolejkę, w której czeka pod wyciągiem pospólstwo. Biegacze prawie nigdy nie rozmawiają o sprzęcie. Mówią o czasie, trasie, oszczędzaniu stawu skokowego, kurczach mięśni, radzą, jak je pokonać. Maratończycy lubią zapytać, kim jesteś, narciarz - nim rozpocznie rozmowę, oceni sprzęt człowieka, który jedzie z nim na jednym krzesełku do góry. Wiem, bo jestem narciarzem.

Każdy maratończyk ma jakieś słabe miejsce. Na razie jednak nic nie boli, ale biegniesz i cały czas myślisz: wytrzyma, czy nie wytrzyma? Kiedy zacznie?

Stopa i jej but

To było niezwykłe misterium. Rzym. Rok 1960. Start do maratonu na XIV igrzyskach nastąpił spod pomnika Marka Aureliusza na Kapitolu. Ostatnie 12 kilometrów zawodnicy biegli starożytną słynną Via Appia Antica. To była msza - wspominają świadkowie. Bieg odbywał się w smugach reflektorów, które oświetlały trasę, biegaczy i wspaniałe zabytki. Tłumy szalały z zachwytu, bo od 30 kilometra do mety pod Łukiem Konstantyna biegł samotnie bosonogi Etiopczyk Bikila Abebe. Zwyciężył, podobnie jak na następnej olimpiadzie w Tokio. To był pierwszy i ostatni człowiek, który pokonał maraton na bosaka.

Dzisiejszy maratończyk to człowiek i jego buty. Buty startowe na co dzień spoczywają w ładnym pudełku na szafie i odpoczywają. Tak radzą fachowcy. Nie mogą być używane do treningów, chodzenia czy gry w piłkę, bo to byłoby tak, jakbyś w smokingu poszedł robić porządki w piwnicy. To są twoje ulubione, sprawdzone, dość kosztowne buty, do których masz zaufanie.

Biegacze to klan ludzi wolnych i równych. Na buty każdego stać. To nie są surferzy, narciarze czy snowboardziści, którzy mogą sobie ułatwić życie pieniędzmi. Tu nikt nie uniknie bólu i niewygody.

Kupiłem drogie buty znanej firmy. W ich podeszwie zastosowano system plastra miodu, czyli kombinację małych poduszek powietrznych, których zadaniem jest amortyzowanie wstrząsów. Każdy krok to uderzenie o asfalt z siłą trzy razy przekraczającą wagę biegacza. W czasie maratonu, na skutek "ubijania" dysków między kręgami, zawodnik zmniejsza się nawet o cztery centymetry. Buty muszą amortyzować wstrząsy i chronić stopę. Stopa to bardzo delikatne urządzenie, składające się z 26 kostek, 214 więzadeł i 38 ścięgien. W ciągu godziny biegu jedna tylko stopa wydziela blisko 13 gramów potu. Czterogodzinny maraton to już spory kieliszek płynu. Wszystko to muszą znieść twoje buty.

Załamanie przez klapanie

Mieczysław Kierlewicz przechadza się w moich butach po dywanie w swoim salonie.

- Cudowne buty - podskakuje lekko na palcach.

Pan Mieczysław przygotował mnie do startu radami. Nauczył mnie na przykład, jak należy wiązać sznurówki, żeby się nie rozwiązały podczas biegu. Był reprezentantem Polski na długich dystansach na przełomie lat 50. i 60. Teraz już cztery kolejne lata jest mistrzem Polski weteranów w maratonie. Rekord życiowy ustanowił dopiero w zeszłym roku w Londynie. Nie biegł w Warszawie, bo tydzień wcześniej brał udział w maratonie berlińskim.

- To było na mistrzostwach Europy w roku 1962 - wspomina pan Mieczysław. - Działacze w ostatniej chwili namówili Stasia Ożoga, który tak jak ja biegał pięć i dziesięć kilometrów, żeby pobiegł maraton. Nie było jednak dla niego butów do biegania po ulicach. Pożyczył więc od Witka Barana (średniodystansowiec z reprezentacji) jakieś za duże, zużyte buty treningowe.

Stanisław Ożóg biegł znakomicie. Jak w transie. Na siedem kilometrów przed metą miał minutę przewagi nad następnym zawodnikiem.

- Poprawiał sobie buty, dopóki miał siłę - wspomina pan Mieczysław - a potem biegł i mu klapały. Załamanie przyszło nagle i biedny Stasio zszedł z trasy. Wszystko przez te cholerne buty.

15 kilometr

Energia ucieka przez głowę

Biegnę już godzinę i 20 minut. W bufecie przed Powsinem wreszcie porządnie się napiłem. Zjadłem kilka kostek czekolady. Zaczęło padać. Zanim dobiegliśmy do Powsina, byliśmy zupełnie mokrzy. Zimno. Tutaj wśród zabudowań wiatr kręci jak szalony. Obracam swoją czapką jak wiatromierzem, przestawiam ją daszkiem do przodu, w bok lub do tyłu, żeby wiatr jej nie porwał. Przy takiej pogodzie ludzie niezbyt obficie owłosieni muszą biegać w czapkach. Mnóstwo energii traci się przez głowę.

Jest tak paskudnie, że w całym Powsinie jedynymi kibicami są: mężczyzna spod 117, który uszczelnia okna taśmą samoprzylepną, i pijaczkowie spod budy z piwem. Wrzeszczą za panem Janem: - Tee, dziadek, bo się rozsypiesz!

Dziękuję Bogu, że posłuchałem Jurka i włożyłem legginsy i rękawiczki. Maratończycy przedziwnie się ubierają. Śmiesznie wyglądają ludzie w podkoszulkach, wełnianych czapkach i rękawiczkach.

Wyprzedzam dwóch biegaczy związanych liną. Jeden jest niewidomy. Ten drugi prowadzi go jak na smyczy.

Jest tak paskudnie, że w całym Powsinie jedynymi kibicami są: mężczyzna spod 117, który uszczelnia okna taśmą samoprzylepną, i pijaczkowie spod budy z piwem. Wrzeszczą za panem Janem: - Tee, dziadek, bo się rozsypiesz! - A pan Jan po prostu nie milknie za moimi plecami. Jest niezwykły. Nie do zdarcia. Teraz radzi, żebyśmy oszczędzali siły i jak najmniej rozmawiali.

Jurek zaczyna mieć problemy z lewą nogą. - Przez lata jazdy "maluchem" nabawiłem się zwyrodnienia stawu biodrowego. W tych samochodach nie trzymasz lewej nogi na wprost, tylko pod kątem, ku prawej.

Jak Scott zmieniał wóz

Przez jakiś czas biegnę z zawodnikiem numer 642. Scott Carpenter jest Amerykaninem. - Kiedy miałem 35 lat - opowiada - przez dwa dni byłem bez samochodu. Zmieniałem wóz. Szedłem do pracy i musiałem podbiec do metra. Myślałem, że umrę. Przebiegłem 50 metrów i mało ducha nie wyzionąłem. Byłem gruby, dużo paliłem... To był okropny stres. Uświadomiłem sobie, że już prawie jestem trupem. Zacząłem biegać. Rzuciłem palenie.

- Uciekałeś przed starością.

- Nie. Uciekam przed niedołęstwem, nie chcę być ciężarem dla najbliższych. Jestem lekarzem. Co drugi mój pacjent to facet, który pożera tabletki na obniżenie cholesterolu, po 30 dolarów za sztukę, i pół życia spędza przed telewizorem. Ja tak nie chcę.

- Boisz się starości.

- Teraz boję się tylko 35 kilometra. My w Stanach nazywamy go "the wall" - ściana. Albo dłużej - "walenie głową o ścianę".

Czym się opychasz

Szansę na przejście przez ścianę na 30-35 kilometrze zwiększa odpowiednia dieta. Prawidłowego odżywiania przed maratonem nauczyła mnie Renata Sobiesiak-Paradowska, najwszechstronniejsza polska biegaczka. W tym roku wygrała 1500 metrów na mityngu Janusza Kusocińskiego, była druga na pięć, pierwsza na dziesięć kilometrów i w półmaratonie na mistrzostwach kraju. Zwyciężyła w wielkim maratonie w Hamburgu.

- Na tydzień przed biegiem trzeba wypłukać z organizmu cały glikogen, czyli węglowodany, które są źródłem energii. Przez trzy - cztery dni jesz tylko białko (mięso i nabiał). Organizm zużywa cały zapas energii i wtedy, na trzy dni przed startem, zaczynasz pożerać tylko węglowodany. Opychasz się wyłącznie kluchami, białym chlebem, ryżem i kartoflami. Złakniony organizm upycha w każdą komórkę ile się da, na zapas. Kluchy i ryż najlepiej jeść na słodko, jak ognia unikać tłuszczu, bo eliminuje on węglowodany.

20 kilometr

Zapachy z McDonalda

Godzina i 48 minut w trasie. W Powsinie zatoczyliśmy koło i wracamy do Warszawy. Biegniemy prosto pod straszliwy wiatr. Tego dnia w stolicy wiało z prędkością 70 km na godzinę. Wiatr łamał drzewa, przewracał znaki drogowe. Tablice, na których sędziowie pokazywali maratończykom czas, fruwały jak latawce. Byle do Wilanowa. Może między domami ucichnie nieco.

Zaczyna mi dokuczać dyktafon w garści. Mam ochotę grzmotnąć nim o asfalt. Kiedy biegam u siebie po Olszynce Grochowskiej, nawet mały kluczyk od furtki mi przeszkadza, więc chowam go pod kamieniem, a teraz dwie godziny morduję się ze sprzętem, który zamókł i pewnie nie nagrywa.

Coraz więcej rzeczy zaczyna mi dokuczać. Gumka w zielonych legginsach, które pożyczyłem od teściowej - za ciasna. W Wilanowie przebiegamy obok McDonalda, dopada nas smród smażonego oleju i robi mi się niedobrze. Trzeba przyznać, że zaczynam czuć ciało. Pan Jan nadaje z tyłu, że pewnie przebiegliśmy już pół trasy.

Pół trasy to już jest coś - myślę sobie. Nawet jak teraz wysiądę, nie będzie wstydu. Ostatecznie przebiegłem 21 kilometrów.

Jurek gdzieś się zapodział.

Doganiam zawodnika z numerem 766. Jedzie na wózku inwalidzkim. To kobieta. Dla nich start to dużo większa inwestycja niż dla biegaczy. Znakomite, zagraniczne buty kosztują 500 złotych, polski wózek wyścigowy (jest nie najlepszy) to wydatek w granicach ośmiu tysięcy.

Przy ulicy Powsińskiej z lewej strony powolutku wyprzedza mnie autobus linii 180. Co za ulga - na kilka sekund zasłonił mnie od wiatru. Jakiś biegacz w niebieskiej koszulce zatrzymuje autobus i wchodzi do środka. Poddał się.

- Na pierwszych warszawskich maratonach dawali do jedzenia cukier w kostkach - mówi pan Jan. - Było w bród. Teraz wymyślili czekoladę, której starcza dla samej czołówki.

Już dobre pół godziny biegnę za dużą grupą biegaczy, wśród których jest chyba z dziesięciu komandosów w polowych mundurach. Mają nawet pasy, buty wojskowe i czerwone berety przypięte pod pagonem. Jestem jakieś dwieście metrów za nimi. Pomyślałem, że gdybym ich dopędził, zasłoniliby mnie nieco od wiatru. Mógłbym trochę odpocząć. Nie mogę jednak raptownie przyspieszać. Takie zrywy zwalają z nóg, jeśli nawet nie od razu, to po kilku kilometrach. Bardzo mozolnie odrabiam dystans do żołnierzy. To bardzo pomaga. Mam jakiś doraźny cel, który pozwala zapomnieć o bolących mięśniach nóg. Mijają minuty, a ja już mogę odróżnić dystynkcje żołnierzy. Są wśród nich szeregowcy, podoficerowie i paru poruczników. Dopadłem ich na Czerniakowskiej, przed kolejnym bufetem.

25 kilometr

Kataklizm

Biegnę już dwie godziny i 17 minut. Przy bufecie piję dużo i rozglądam się za jakimś jedzeniem. Miała być czekolada. Gdybym wiedział, że nie będzie, wziąłbym ze sobą.

Przy bufecie nasza grupa się rozsypuje. Wojacy uciekają ponad sto metrów do przodu. Oni nie muszą dopychać się do stołów, gdzie czeka woda w kubkach. Asekuruje ich samochód żandarmerii i kolega na rowerze. Dostają do ręki wszystko, czego potrzebują. Piją z bidonów. Nie muszą walczyć z plastikowymi kubeczkami, z których trzy czwarte zawartości wylewa się w biegu na twarz i koszulkę.

Głośno skarżę się, że nie ma nic do jedzenia. Ratuje mnie niezastąpiony pan Jan. Daje mi pasek gorzkiej czekolady. Stawia mnie na nogi.

- Na pierwszych warszawskich maratonach dawali do jedzenia cukier w kostkach - mówi pan Jan. - Było w bród. Teraz wymyślili czekoladę, której starcza dla samej czołówki.

Jakiś zawodnik biegnie tyłem. Dostał na pewno kurczy, więc zmienił sposób poruszania się, żeby ulżyć spracowanym mięśniom. Widzę też maratończyków, którzy biegną bokiem lub w biegu walą pięściami w mięśnie udowe.

Zorientowałem się, że nie słyszę pana Jana. Odwracam się i nie widzę go. Poczułem się samotny. Znowu gonię za grupą żołnierzy.

Samochody, które nadjeżdżają z naprzeciwka, są na światłach. Będzie lać. Rzeczywiście, po chwili zrobiło się tak strasznie ciemno, że włączyły się uliczne latarnie.

- Boże wszechmogący - jęknął jakiś zawodnik - po cholerę ta ulewa.

Niebo się otworzyło, kiedy byłem na Wisłostradzie przed mostem Łazienkowskim. To było prawdziwe oberwanie chmury. Szerokością całej jezdni płynął rwący potok. Przy huraganowym wietrze siekło po twarzy lodowatymi kroplami jak gradem. Ktoś wziął od przechodnia torbę plastikową i zrobił sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Wszyscy na trasie robili dziwne manewry, żeby schować się trochę za plecami bliźnich. Ja marzyłem, żeby dopaść wojskowych i skryć się gdzieś w ich zwartym szyku. Udało mi się to przed następnym bufetem, przy moście Syreny. Akurat przestało lać.

30 kilometr

Moja Czomolungma

Dwie godziny i 44 minuty na trasie. Tym razem łapię w bufecie nie wodę, ale napój owocowy. Doświadczeni biegacze odradzali picia takich rzeczy, ale pomyślałem, że na tych ostatnich 12 kilometrach nie zdążę już dostać rozstroju żołądka, a trochę cukru z tym płynem wypiję.

Widzę też maratończyków, którzy biegną bokiem lub w biegu walą pięściami w mięśnie udowe.

Wyznaczam sobie następny cel - przetrwać jeszcze ze dwa kilometry, dobiec z fasonem pod Stare Miasto, gdzie stoją moi. Będzie Agatka, Oleśka i Michaś. Z dziwną czułością o nich myślę, jak wtedy, gdy wracam z bardzo długich zagranicznych delegacji. Od razu lepiej mi się biegnie. Jak najmniej powinno się myśleć o tym, że trzeba przebierać nogami.

Są. Mokrzy i sztywni z zimna. Bali się schować przed deszczem, żeby mnie nie przeoczyć. Łapię w biegu pół czekolady i próbuję jeść, ale mam kłopoty z przełykaniem. Czekolada nie chce rozpuszczać się w ustach. Kilkaset metrów towarzyszy mi synek. Opowiada o biegu dla dzieci, w którym brał udział.

Mam jeszcze z dziesięć kilometrów do mety. Wiem, że w każdej chwili mogę mieć straszny kryzys, ale czuję, że dobiegnę, choćbym miał iść na czterech.

Święta Teresa oszukana

Na olimpiadzie w Berlinie w roku 1936 kryzys powala Argentyńczyka Juana Carlosa Zabalę, zwycięzcę maratonu na poprzednich igrzyskach. Na 31. kilometrze Zabala pada na ziemię i płacze jak dziecko. Odwożą go do szpitala.

Kryzys może dopaść maratończyka w każdej chwili. W roku 1948 na olimpiadzie w Londynie Belg Etienne Gailly prowadził do 80 metra przed metą. "Z tego, co się ze mną działo później, nie zdaję sobie sprawy do dzisiaj. Jak przez mgłę dostrzegłem mijających mnie rywali. Nie mogłem ich rozpoznać ani też nie miałem siły walczyć. Nie wiem, jak dobiegłem do mety, która wydawała mi się tak odległa, niedosiężna".

Belg zdobył wtedy brązowy medal.

W roku 1952 na olimpiadzie w Helsinkach wśród maratończyków biegnących do mety był Alain Mimoun O-Acha, francuski zawodnik marokańskiego pochodzenia. W roku 1944 walczył pod Monte Cassino we francuskim korpusie. Został ciężko ranny i tylko cudem uniknął amputacji nogi. Osiem kilometrów przed metą maratonu dopadł go straszny kryzys. Zaczął się modlić: "O święta Tereso. Jeśli dodasz mi sił, abym dobiegł do mety, to nigdy więcej nie stanę na starcie, a swojej córce, która wczoraj się urodziła, zabronię uprawiania sportu". Mimoun dobiegł do mety, ale nie dotrzymał słowa. Cztery lata później wygrał maraton na olimpiadzie w Melbourne, a jego córka Fabianne na igrzyskach w Monachium reprezentowała Francję w biegu na 800 metrów.

Polski zawodnik Ryszard Kopijarz tak wspomina swój start na mistrzostwach Europy w Pradze: "Byłem już mocno zmęczony, ale wyglądało, że medal jest mój. Nagle stało się coś strasznego. Przestałem czuć nogi! Padłem na ziemię zupełnie bezwładny. Załadowali mnie na nosze i dopiero po pewnym czasie odzyskałem czucie".

Gdy historia parzy stopy

Niepowtarzalnym fenomenem biegu maratońskiego jest reakcja organizmu między 30. a 35. kilometrem. Z medycznego punktu widzenia wszystko jest jasne. Wyczerpują się zwykłe źródła energii. Najpierw więc spalamy węglowodany zmagazynowane w mięśniach i wtedy organizm odwołuje się do zazwyczaj nienaruszalnych zapasów zgromadzonych w wątrobie. Po glikogen zmagazynowany w wątrobie organizm sięga w ostateczności, w obliczu zagrożenia głodowego. Następuje dołek energetyczny. Uruchamiamy rezerwy zawarte w tkance tłuszczowej. Jest to szok tak potężny, że zwala z nóg najwspanialszych nawet zawodników.

- Właśnie tak było z pierwszym maratończykiem w historii, który po zwycięstwie Ateńczyków nad Persami dobiegł z wieścią do stolicy i padł martwy - mówi doktor Krzysztof Makowiecki, kardiolog ze szpitala na warszawskim Bródnie. Doktor Makowiecki nie biegł w Warszawie, bo tydzień wcześniej startował w maratonie berlińskim.

- Ten chłopak, Filippides, zaniedbał wgląd w swoją fizjologię. Gonił, bo historia parzyła mu stopy, a powinien coś zjeść i wypić.

Przegnać komandosów

Po zjedzeniu czekolady wracają mi nieco siły, ale za Cytadelą wybiegam na prostą i aż słabo mi się robi - trasa biegnie pod górę, wiaduktem nad ulicą Krasińskiego. Mam się wdrapać na tę Czomolungmę?

Bardzo wielu zawodników nie wbiega, ale wchodzi na wiadukt. Po raz kolejny dopadam żołnierzy. Kilku brakuje. Musieli zrezygnować. Powoluteńku wyprzedzam komandosów. Jestem z siebie bardzo zadowolony. Coraz więcej zawodników zostawiam za sobą. Bardzo wielu idzie. Przełamują kryzys w marszu. To są ci, którzy wcześniej pognali i nie wytrzymali własnego tempa.

35. kilometr

Bieg do mleczarni

Biegnę już trzy godziny i 16 minut. Nie mogłem się doczekać bufetu. Prawie stawałem, ale i wiatr tu najsilniejszy. Odkryta przestrzeń przy samej Wiśle. Muszę jednak zatrzymać się na kilka sekund, bo w biegu bym nie wypił. Ledwo trafiam z kubkiem do gęby. Zmuszam się, żeby znów zacząć biec. Wreszcie wyzwolenie. Przy ulicy Podleśnej trasa zawraca. Biegnę z wiatrem tą samą drogą, z powrotem na Stare Miasto. Co za ulga. Prostuję się jak mogę, żeby jak najwięcej złapać tego wiatru w plecy. Wydaje mi się, że gnam jak odrzutowiec. Ostatnie kilometry biegnę z ogromnym chłopiskiem w zielonym podkoszulku. Ma numer 994 i jest wielki jak katedra Notre Dame. - Na start dotarłem, kiedy już odliczali - mówi Leszek Jezierski - bo od piątej rano z Płocka jechałem.

Wcześniej musiał na rowerze dojechać 15 kilometrów do Płocka. Mieszka na wsi. Ma 50 lat. - Było już tak - mówi pan Leszek - że spóźniłem się na start maratonu dziesięć minut. Nie chcieli mi dać numeru startowego, ale jakoś wydziadowałem i dopędziłem peleton, bo ja jestem biegający rolnik. Rekordzista okręgu w liczbie startów.

To amatorzy na 30-35 kilometrze stają przed ścianą. My jesteśmy przygotowani przez lekarzy, trenerów i dietetyków na określony dzień, dystans i wynik, jaki chcemy osiągnąć. Dla mnie ściana stoi kilka metrów za metą biegu, do którego jestem przygotowany.

Pan Leszek opowiada o swoich treningach. - Codziennie dziesięć kilometrów przy rowerze.

- Chyba na rowerze - poprawiam.

- Nie. Obok. Na rowerze jadą bańki z mlekiem, ja biegnę obok. Pięć kilometrów do mleczarni i pięć z powrotem na pusto, a wieczorem przebieżka po lesie.

Dla nich ściany nie ma

- Bywało, że na trasie maratonu miałem kryzys - opowiada 28-letni Dariusz Wieczorek - ale było to spowodowane jakimś błędem w cyklu treningowym. U nas wszystko jest dokładnie obliczone i prawie nie ma żadnych niespodzianek. To amatorzy na 30-35 kilometrze stają przed ścianą. My jesteśmy przygotowani przez lekarzy, trenerów i dietetyków na określony dzień, dystans i wynik, jaki chcemy osiągnąć. Dla mnie ściana stoi kilka metrów za metą biegu, do którego jestem przygotowany.

Pan Darek jest zawodowcem. Z biegania utrzymuje siebie, żonę i dwie córki. Żyje z nagród. Startuje około 35 razy w sezonie na dystansach nie mniejszych niż dziesięć kilometrów. Bierze udział w trzech - czterech maratonach w roku.

- Do dramatycznych wydarzeń na trasach biegów dochodziło przed wielu laty. Dzisiaj każdy poważny zawodnik kres swoich możliwości poznaje na treningu, nie na zawodach.

- Nie stajecie więc przed ścianą?

- Nie. Każdy ma swój limit i nie radzę go przekraczać.

40. kilometr

Śmierć jest lżejsza

"Czasem śmierć jest lżejsza, niż to, co czujesz podczas ostatnich kilometrów na trasie" - napisał trener Zbigniew Zaremba w podręczniku dla maratończyków.

Trudno powiedzieć. Nigdy nie umarłem, więc nie wiem. Po trzech godzinach i 47 minutach jesteśmy z panem Leszkiem przy ostatnim bufecie. Nie miałem już siły, żeby nos wydmuchać, ale czułem coś tak niewiarygodnie pięknego, że jeszcze dzisiaj, w chwili kiedy piszę te słowa, tęsknię za tym i wiem, że będę w życiu tego szukał. Jeszcze nie ukończyłem pierwszego maratonu, a już wiedziałem na pewno, że będę biegał następne.

Przed nami ostatnie 2195 metrów, które maratończycy zawdzięczają angielskiej rodzinie królewskiej. Na olimpiadzie w Londynie w 1908 r. start do najdłuższego biegu w ostatniej chwili przesunięto do pałacu w Windsorze tak, aby królewskie dzieci mogły dobrze obejrzeć początek biegu. Potem trasę wymierzono i tak już zostało. Brytyjczycy ubóstwiają narzucać wszystkim swoje dziwactwa.

Mamy 13 minut, żeby skończyć bieg w czasie poniżej czterech godzin. Pan Leszek, weteran 19 maratonów twierdzi, że damy radę. Przyspieszamy. Już nie rozmawiamy.

To było najkrótsze 13 minut w moim życiu. Pamiętam tylko, że jakiś kibic krzyknął: "jeszcze 400 metrów" i po trzech godzinach, 59 minutach i 37 sekundach biegu byłem na mecie.

DOBIEGI

W XIX Maratonie Warszawskim wystartowało 730 biegaczy. 700 ukończyło bieg i tylko dziesięciu nie zmieściło się w wyznaczonym limicie pięciu godzin.

Zająłem 473. miejsce. Razem ze mną wpadł na metę Leszek Jezierski - rolnik spod Płocka. Bieg ukończył także mój kolega Jurek, pan Jan Połczyński - emeryt z Drawska Pomorskiego, redakcyjny kolega Wojtek Staszewski i Scott Carpenter z Ameryki.

Tekst: Jacek Hugo-Bader; Współpraca Konrad Niklewicz

Przeczytaj również: Pieska sprawa - Jacek Hugo-Bader opowiada o początkach swojego biegania.
Dołącz do nas na Facebooku.