Felieton przed maratonem: Moda na Warszawę

- Biegi w Nowym Jorku, Berlinie, Londynie czy Tokio to biznes, ale i miejskie święto, radosny odpust XXI w. Prócz wyścigu głównego - biegi specjalne, sponsorowane, dla dzieci, imprezy towarzyszące, koncerty, prelekcje, pokazy, ogromny handel gadżetami, strojami oraz wielka, bo często na cały świat, promocja miasta - pisze przed weekendowym Orlen Warsaw Marathonem Wojciech Fusek ze Sport.pl.
Gdyby nasza gospodarka rozwijała się w takim tempie jak rośnie w Polsce moda na bieganie, to w ten weekend świętowalibyśmy objęcie przez nasz kraj przodownictwa w rankingu najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Niestety, do top G20 brakuje nam jeszcze wiele.

Na razie więc musimy zadowolić się sukcesami w popularyzacji biegania, a niewątpliwie narodziny nowej stołecznej imprezy - Warsaw Orlen Marathonu - sukcesem i okazją do świętowania są.

Taki biegowy festyn nie zaszkodzi gospodarce, a wręcz przeciwnie. Zarówno w skali makro, jak i mikro imprezy biegowe to źródło przychodów dla małych sklepów sportowych, sieci i wielkich markowych firm oraz dla miast.

Do tego dochodzą - kto wie, czy nie ważniejsze - walory promocyjne, zdrowotne i wychowawcze. I nie zmienia tego bardzo smutny fakt, że w Bostonie - podczas jednego z najstarszych maratonów na świecie - ktoś próbował to święto popsuć.

Biegi w Nowym Jorku, Berlinie, Londynie czy Tokio to biznes, ale i miejskie święto, radosny odpust XXI w. Prócz wyścigu głównego - biegi specjalne, sponsorowane, dla dzieci, imprezy towarzyszące, koncerty, prelekcje, pokazy, ogromny handel gadżetami, strojami oraz wielka, bo często na cały świat, promocja miasta.

42 km i 195 m to nie przebieżka. Wiem, bo kilka razy w życiu mierzyłem się z tym dystansem. Wymaga odwagi i kilkumiesięcznych przygotowań. Ale to jednocześnie cel osiągalny dla niemal każdego. I to kolejna zaleta biegania, które uczy systematyczności, wyznaczania celów, przełamywania swoich słabości, daje radość z sukcesu, przygotowuje do dzielnego znoszenia porażek, tak zresztą jak zdecydowana większość dyscyplin sportowych.

Wiedzą o tym już dziesiątki tysięcy Polaków, którzy codziennie wybiegają z domów, by pokonać zaplanowany "na dziś" kawałek.

Teraz, jeśli chcemy, by Orlen Warsaw Marathon, a wraz z nim miasto szybko przeskoczyły do pierwszej ligi, prócz możnego i hojnego sponsora, który przyciągnie gwiazdy i zaoferuje atrakcyjne pakiety startowe, prócz dużej liczby biegaczy (dziś maratony 2-3-tysięczne uważane są za małe), muszą zostać spełnione dodatkowe warunki.

W imprezę musi się zaangażować całe miasto. Urzędnicy muszą traktować bieg jako szansę na promocję i w konsekwencji jako szansę na biznes. Lista zadań jest długa: od stworzenia odpowiedniego klimatu, by przyciągać sponsorów, przez wytyczenie i zabezpieczenie atrakcyjnej trasy, która nie może wyprowadzać biegaczy na smutne obrzeża metropolii. Miasto musi też chwalić się swoją imprezą zarówno w materiałach prasowych, jak i na lotniskach, dworcach itd. itp. Sami odpowiedzmy sobie na pytanie, jak zachowuje się w tej sprawie stołeczny ratusz.

Nie mniej ważne jest też stworzenie atmosfery podczas samego biegu, a tu bardzo wiele zależy od mieszkańców. Nie wszyscy mogą biec, ale prawie wszyscy mogą wyjść na ulice i dopingować. Nieprzerwany szpaler kibiców trzymających transparenty czy też po prostu bijących brawo to najlepszy doping dla tych, którzy biegną po rekord trasy, ale też tych, którzy walczą, by zmieścić się w limicie czasu.

Jeśli tworzymy pozytywny klimat, mamy udział w sukcesie każdego zawodnika, jak również w przyszłym sukcesie miasta, do którego będzie chciało przyjeżdżać coraz więcej biegaczy i ich rodzin.

Spotkajmy się więc w niedzielę przy trasie. Od nas zależy, czy wśród maratończyków na świecie zapanuje moda na Warszawę.