OWM 2015. Henryk Szost: "Czasem czuję, jakby mięśnie się rozrywały. Od pośladków do stawu skokowego." [WYWIAD]

Marzę o rekordzie Europy, dwie godziny sześć minut z hakiem. Tutaj przyświeca mi hasło: "Zwyciężać mogą ci, którzy wierzą, że mogą" - mówi Henryk Szost, , rekordzista Polski w biegu na 42,195 km i jeden z głównych faworytów Orlen Warsaw Marathon.

Anna Śmigulec: Czy maraton boli?

Henryk Szost *: - Na 38. kilometrze nawet włosy bolą. U mnie to się objawia ogólnym osłabieniem organizmu, od układu oddechowego po serce i mięśnie. Gdy kończy się energia, bo spaliliśmy węglowodany, a tłuszczu maratończyk za dużo nie ma, zaczyna się spalanie białek, organizm sam się zjada. Choć amatorom to raczej nie grozi. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 roku cisnąłem, ile mogłem, i nagle poczułem, jakby serce mi się skurczyło i nie chciało rozkurczyć. Biegłem dziewiąty, walczyłem o siódmą lokatę, ale musiałem odpuścić, bo poczułem, że albo dobiegnę na tej pozycji, albo padnę. Choć do mety został tylko kilometr. Czasem mam też wrażenie, jakby mięśnie się rozrywały. Od pośladków do stawu skokowego. Bóle, zesztywnienie, bo kwas mlekowy już blokuje włókna mięśniowe. To są ekstremalne doznania, które trzeba opanować, żeby nabiegać dobry wynik. Mówimy na to "ściana".

Jak wygląda zderzenie ze ścianą?

- Pojawia się myśl: "A może zejdź? Nie męcz się?". Ale to tylko gra mojej psychiki. Doskonale ją znam i wiem, że muszę to zignorować. Dochodzi do lekkiego rozdwojenia jaźni. "Jak zejdziesz, będziesz miał spokój. Jakieś wytłumaczenie zawsze znajdziesz". Takie kuszenie. Organizm tak bardzo się broni, że słyszymy wszystko, co może nam pomóc przerwać ten morderczy wysiłek. Trzeba tę ścianę jak najszybciej przełamać. Ja akurat jestem silny psychicznie.

A skąd w panu ta siła?

- Połowę dzieciństwa spędziłem w szpitalach. Myślę, że to mnie zahartowało psychicznie. Że teraz potrafię walczyć i znosić ból. Anginy, zapalenia płuc, opon mózgowych, świnka, wszystko, co mogło przechodzić dziecko, ja łapałem pierwszy. Ale to się nieoczekiwanie zmieniło. Zawsze lubiłem góry i las, chodziłem najpierw z tatą, potem z dziadkiem, później sam. Gdy miałem 17 lat, sąsiad namówił mnie, żebym poszedł na polowanie jako naganiacz. Polubiłem bardziej ludzi niż samą czynność i chodziłem na te naganki kilka lat. Tam wielokrotnie przemarzłem, bo bywało pół metra śniegu i temperatury minus 20 stopni. Od tego czasu przestałem chorować. Jedyne, co mnie nadal nęka, to anginy. Właśnie angina pokonała mnie przed mistrzostwami Europy w Zurychu w zeszłym roku. Byłem doskonale przygotowany. Ale dopadła mnie gorączka 40 stopni, musiałem brać antybiotyki i to wykończyło mój organizm. Ważny jest też region, w którym żyję. Jestem nizinnym góralem, więc i charakter mam góralski: twardy, uparty.

Jakiś przykład?

- Marzyłem o własnym domu i go wybudowałem. Zwyczajny, nowoczesny. Tuż obok moich rodziców. Bo jestem związany z Muszyną i nawet z tą parcelą. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć gdzie indziej, choć byłem w wielu urokliwych miejscach na świecie: w St. Moritz, na Alasce, w Nowym Meksyku - gdzie znów jadę trenować za kilka tygodni.

CZYTAJ TEŻ: Henryk Szost po nieudanych ME w Zurychu: "Nogi mi się ugięły, wylądowałem na ziemi. Potem karetka"

Na pana Facebooku znalazłam wpis: "Mam najwspanialszą kobietę na ziemi!". I 39 lajków. A pod spodem pana komentarz: "Moja najwspanialsza kobieta znowu dorwała niewylogowane konto".

- Tak, moja dziewczyna lubi mi robić psikusy. Ona też biega, ale 800 i 1500 m. I właśnie od rozmów o bieganiu się zaczęło. Najpierw na Facebooku, później na żywo. Sara mieszka 30 km od Muszyny, ale studiuje w Krakowie, na AWF-ie. Ponad rok jesteśmy razem i dobrze się dogadujemy. Oboje nie lubimy konfliktów, wolimy odpuścić. Ja potrafię wytrzymać psychicznie dużo, ale jak już wybucham, to jak Etna. Na zawodach zdarza się, że inny zawodnik mnie sprowokuje: trąceniem, złokciowaniem. Wtedy wpadam w furię i robię wszystko, żeby go "zajechać".

Oddaje pan z łokcia?

- Skąd! Chodzi o tempo biegu. Przechodzę wtedy na cykl interwałowy, czyli robię 100 m przyspieszenia na maksa, 50 m odpuszczam, i znów 100 m na maksa. I tak szarpię. A że lubię biegać interwałowo i jestem do tego przygotowany, to klasycznego tempowca, który biegnie stałym tempem od startu do mety, potrafiłem nieraz zniszczyć.

A ile butów rocznie pan niszczy?

- Myślę, że dziesięć par schodzi. Nie używam zbyt długo tych samych butów, żeby nie traciły amortyzacji. Bo można się nabawić kontuzji.

Maratonu nie biegam dwa razy w tym samych startówkach. Wcześniej przebiegam w nich tylko z dziesięć kilometrów, żeby ułożyły się do stopy. A po zawodach zużywam je do szybkich treningów. I na następny maraton wchodzi nowa para. Może to głupie podejście, ale darzę maraton tak dużym szacunkiem, że według mnie każdy zasługuje na nową parę butów. Oczywiście amatorzy mogą spokojnie biegać ze trzy maratony w tej samej parze startówek - czyli butów zakładanych tylko na start, a nie do treningów.

Henryk Szost Zdjęcie Mateusz Skwarczek

Po co pan biega?

- Biegam, bo to jest moja praca. Z tego się utrzymuję, dzięki wojsku - bo jestem zawodowym żołnierzem - i dzięki sponsorowi. Po maturze studiowałem wychowanie fizyczne w Krośnie. Ale wojsko dawało najlepszym sportowcom stabilizację finansową, więc odbyłem tzw. unitarkę - zasadniczą służbę wojskową - i podpisałem kontrakt. Pewnie, że umiem strzelać. Jeżeli trzeba będzie bronić kraju, to jak każdy żołnierz jestem do tego zobligowany i to zrobię. Poza tym biegam, bo mam wyniki. Wiele razy to podkreślałem: bieganie nie jest pasją, bez której nie mógłbym żyć. Ja po prostu lubię wysiłek.

O czym pan myśli, kiedy pan biegnie?

- Zawody to czas chłodnej analizy i oszukiwania organizmu. Kiedy biegnę maraton i zaczyna boleć, czyli po 30. kilometrze, mówię sobie: "Dobra, jeszcze dycha!". Mimo że zostało 12 km. Albo: "Te ostatnie 3 km już dobiegniesz, choćbyś na kolanach miał się dowlec do mety". Jeżeli biegnę sam, to skupiam się, żeby trzymać tempo. Bo organizm podświadomie zwalnia. A kiedy biegnę w grupie, analizuję przeciwnika. Liczy się wszystko: jego oddech, krok (czy się skraca, czy się wydłuża), praca rąk. Obserwuję i obliczam: czy już zaatakować? Czy nie wystawiać się aż do finiszu, aż on się zmęczy? Czasem w grupie mam z pięciu zawodników, czyli sporo do zanalizowania.

Kto to jest pacemaker?

- Pacemakerzy to zawodnicy zatrudniani przez organizatora biegu, żeby narzucić tempo oczekiwane na mecie. Żeby rozpędzić elitę, która ma walczyć o zwycięstwo i o jak najlepszy czas. Najczęściej dobiegają do 25. kilometra.

Na odprawie dzień przed biegiem organizator przedstawia: "Mamy pacemakerów: pana X i Y, którzy będą prowadzili bieg na dwa sześć [w tempie 2 godz. 6 minut cały maraton] i dwa osiem". Oni mają zwykle inne numery startowe, żeby zawodnicy wiedzieli, za kim biec. Najlepszym pacemakerem jest ten, który bez względu na warunki prowadzi bieg równo. Nie szarpie.

Dlaczego zaczął pan biegać?

- Zaczęło się od wujka Jacka. Który był żołnierzem i też biegał. Jako dzieciak pojechałem do niego na wakacje do Gładyszowa, w góry. Na półkach zobaczyłem medale i puchary. Szczególnie jeden mi się spodobał: ciężki, żeliwny. "Chciałbyś mieć taki?" - zapytał wujek. - To może spróbujesz ze mną pobiegać?". I zabrał mnie na krótkie rozbieganie: 3-4 km. Dał mi też pierwsze adidasy. I tak zacząłem biegać. Wcześniej próbowałem sił w biegach szkolnych, ale zawsze byłem poza pierwszą dziesiątką.

Aż wygrałem puchar burmistrza Muszyny w kategorii szkolnej. I wtedy zapaliła mi się lampka: jeżeli mogę wygrać tu, to może będę wygrywał gdzieś dalej? Pojechałem na zawody wojewódzkie do Nowego Sącza i tam też wygrałem. I później w Krakowie. Kiedy odkryłem, że mogę, to już dalej poszło. Niestety, miałem trenera na odległość, a że z pieniędzmi i dojazdami było krucho, skończyłem z bieganiem. Wtedy przyszedł do mnie trener Andrzej Gacek z sekcji nart biegowych. Zacząłem trenować na nartach, ale nie szło mi dobrze. Tam trzeba wcześniej zacząć, żeby złapać technikę, a ja miałem już 17 lat. Poza tym zawsze byłem typem biegacza: szczuplak z cienkimi nóżkami i niezbyt mocnymi rękami. Startowałem na mistrzostwach Polski, ale nawet młodsi zawodnicy byli lepsi ode mnie i się zraziłem. Znowu skończyłem ze sportem. Uczyłem się, trochę dorabiałem w lesie.

Przy wyrębie?

- Nie, oczyszczałem młodniki. Potem trener Gacek spytał, czy nie chciałbym wrócić, ale już nie do nart, tylko do biegów górskich. Zaczęliśmy trenować, po kilku tygodniach pojechałem na mistrzostwa Polski w biegach górskich juniorów i od razu wygrałem krótki dystans. To Gackowi zawdzięczam, że dzisiaj biegam.

Ale gdzie ten maraton?

- Jeszcze w biegach górskich zdobyłem czwarte miejsce na mistrzostwach świata. A potem zacząłem biegać bieżnię. Namówił mnie trener z Krakowa Jurek Włodarczyk. Sam biegał 400 m, a zaczął trenować długasa. Z biegów górskich, gdzie miałem wyrobioną wytrzymałość i siłę, dodał mi szybkość i od razu wskoczyłem w czołówkę Polski młodzieżowców. Jak jeździłem na obozy treningowe i przyjeżdżali maratończycy, to wszyscy ich podziwiali. Uważali ich za kozaków. Powiedziałem sobie: jak skończę 25 lat, wystartuję w swoim pierwszym maratonie. To był mój plan. Zacząłem trenować u Mirka Plawgi, później u Grzegorza Gajdusa. Pierwszy maraton w Dębnie pobiegłem z wynikiem 2:15:57 [wicemistrzostwo Polski], ale to było tylko rozpoznanie. Drugi maraton już z wynikiem 2:11:59 i od razu zrobiłem minimum na igrzyska olimpijskie w Pekinie! No i kolejny start, Pekin w 2008 roku, 2:19:42, dopiero 34. miejsce. To już była trauma, ale nie żałuję.

Trauma?

- 30 stopni, bardzo duża wilgotność, a ja byłem maratończykiem bez doświadczenia - dopiero trzeci start w życiu. Od 28. kilometra złapałem ścianę, z której nie wyszedłem do samego końca. Miałem już lekkie utraty świadomości, biegłem, film mi się urywał, truchtałem, znów przechodziłem w bieg. Doprowadziłem organizm do ruiny, ciężko mi się oddychało, wylądowałem w szpitalu w Krakowie. Podejrzewali astmę nabytą w tym zapyleniu w Pekinie, ale okazało się, że mam krwiaki na płucach. Jestem wdzięczny, że lekarze to wykryli na czas, bo gdyby taki skrzep się oderwał, mogłoby dojść do zgonu.

Przez dwa tygodnie czułem taki ból, że sam maraton wydawał mi się przy nim zabawą. Później też bywało ciężko, ale nigdy tak jak w Pekinie. Niektórzy ocenili ten start krytycznie. Ale cieszę się, że moi kibice, nawet jak mi coś nie wyjdzie, nie piszą: "Dałeś ciała! Porażka!". Wiedzą, że jestem walczakiem. I zawsze daję z siebie wszystko. Od igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 r. szło super. Zdobyłem rekord Polski. Teraz mam trzy najlepsze wyniki i najlepszą średnią w historii polskiego maratonu.

CZYTAJ TEŻ: Biegać w butach czy bez? Sprawdza Tomasz Ulanowski, bosy maratończyk

W jakich warunkach lubi pan biegać?

- W temperaturze 10 do 15 stopni. Bardzo nie lubię wiatru, bo jestem wysoki, 185 cm, i nawet jak biegnę w grupie, np. w Japonii z zawodnikami, którzy mają po 165 cm, to mi niewiele pomaga, bo mnie nie osłaniają. Biorę opór na barki, klatkę piersiową.

Trenuję dwa razy dziennie, sześć dni w tygodniu. Kiedyś przebiegałem 200 km w tygodniu, teraz wystarcza mi 170 km. Startuję w dwóch-trzech maratonach w roku, to zależy od oczekiwań wojska, reprezentacji Polski i menedżera.

Ma pan specjalną dietę?

- Na tydzień przed startem stosuję dietę białkowo-węglowodanową, żeby zgromadzić energię na wysiłek po 30. kilometrze maratonu. Najpierw ser biały, mięso z kurczaka, ryba - tylko gotowane, żeby nie obciążać wątroby. I tak przez trzy-cztery dni. Żadnych cukrów ani czegokolwiek, co może dawać energię. Po trzech dniach już jest ciężko, kręci się w głowie, a muszę zrobić trening. Organizm nie ma energii, tylko tę minimalną do przeżycia. Po kilku dniach wchodzą węglowodany: herbata z cukrem, drożdżówka, i od razu czuję uderzenie siły! Od zmęczenia przechodzę do euforii. Po tym białku, które tak mnie wyjałowiło, pakuję w siebie jak najwięcej węglowodanów. Czyli trochę oszukuję organizm. Przed samym biegiem jem bardzo mało. Rano kromeczkę chleba z dżemem, coś lekkostrawnego, żeby uniknąć rewolucji żołądkowych. Bo ja biegam na takich obrotach, że nie mogę dodatkowo obciążać żołądka. Powinna mi wystarczyć ta energia, którą zgromadziłem wcześniej.

Pana trener mieszka w Rosji...

- Tak, z Leonidem Szwecowem kontaktujemy się mailowo i przez Skype'a. Dostaję plan treningowy na trzy-cztery dni i później analizujemy, co robić dalej. Wiadomo, że wolałbym, żeby był przy mnie. Ale on nie jest w stanie przyjechać, bo ma piątkę dzieci i wielu zawodników. Pewnie, że bywam podenerwowany, kiedy Lonia mi pisze: "Henryk, sorry, I forgot", bo znów zapomniał przesłać planu treningowego. Zdarzało się, że na tydzień przed maratonem. Ale za każdym razem przeprasza. On ma niesamowity instynkt trenerski i dopóki są wyniki, nie mogę narzekać. Choć czasem mnie śmieszy, jak Lonia planuje mi treningi z rękawa. Np. dzwonię do niego: "Lonia, znowu zapomniałeś wysłać mi trening! Co ty wyprawiasz? Powiedz, co mam robić?". A on: "No to dzisiaj zrób może... dziesięć razy... kilometr... Albo pięć razy dwa... Nie! Dobra! Właśnie! Zrobisz pięć razy dwa". Ale później ten trening spaja się w całość i daje znakomity efekt.

Co pan radzi amatorom?

- Znam wielu amatorów i 80 proc. z nich zakłada sobie jakieś cele. Wtedy kończy się zabawa. Bo robią wszystko, żeby poprawić swój najlepszy czas albo wygrać z panem Władkiem czy Genkiem, wejść do pierwszej setki w jakimś biegu. Moja rada jest taka: dążyć do swego celu spokojnie, nie próbować forsownych treningów, które wykończą organizm. I bieganiem się bawić.

Wielokrotnie widziałem, że do trenowanie amatorów biorą się amatorzy. To nie do przyjęcia, że ludzie, którzy nie mają pojęcia o trenowaniu, a przebiegli maraton w 3 godz. 30 min, próbują szkolić innych. Oni doszli do swojego wyniku, ale wiedzy z książki czy gazetki nie można przedkładać nad wiedzę praktyczną - taką, którą zdobył trener lub zawodnik dobrej klasy.

Ma pan paszport krwi. Co to takiego?

- Dokument z wynikami badań. Jako zawodnik jestem ujęty w tzw. antybazie, czyli bazie antydopingowej. Rocznie przechodzę kilka kontroli, tzw. wpadówek. W domu, na zgrupowaniu, rano lub wieczorem. Ostatnio miałem przed maratonem w Fukuoce, gdzie pobiegłem 2:10:02. Przygotowywałem się na obozie w Szklarskiej Porębie, a tu niespodziewana wizyta o godz. 21.00.

Tak wpadają i co?

- Jako zawodnik muszę prowadzić ewidencję pobytu - do wglądu kontroli antydopingowej. Z wyprzedzeniem co najmniej kilkudniowym, żeby wiedzieli, gdzie jestem. Jeżeli nie uzupełnię tej tabelki, konsekwencje mogą być poważne. Po drugim ostrzeżeniu zawieszają na rok lub dwa.

Przychodzi dwóch panów z identyfikatorami. Przy nich otwieram szczelnie zapakowane buteleczki (A i B), żeby ktoś nie zarzucił, że próbka była zanieczyszczona. Do nich oddaje się mocz lub krew, po czym próbki jadą do laboratorium. Komisja szuka nie tylko niedozwolonych środków, ale też skokowych zmian liczby czerwonych krwinek. Nawet to może się skończyć dyskwalifikacją.

CZYTAJ TEŻ: Yared Shegumo: Masz cel, to musisz zacisnąć zęby i wytrzymać

W Szklarskiej Porębie jest napis na pana cześć.

- A tak! Co roku odnawiamy tam znaki na Zakręcie Śmierci. To topowa trasa do biegania szybkich akcentów. Jest pomierzona i oznaczona co kilometr do 7,5 km. Na starcie długo był napis "Good luck". Ale ponieważ trenuję tam bardzo często, Grzegorz Gajdus z kolegą napisali żółtą farbą na asfalcie: MARATON / H. Sz. / RP 2012 / 2:07:39. Czyli: Henryk Szost, rekord Polski z 2012 r., 2:07:39, wynik maratonu z Otsu w Japonii. To ma być chyba motywacja dla innych zawodników, którzy tam trenują. Żeby dążyli do połamania mojego rekordu.

A pan do czego teraz dąży?

- Najbliższy cel to Orlen Warsaw Marathon 26 kwietnia. Tam będę chciał nabiegać minimum na igrzyska olimpijskie w Rio. A jesienią mam wojskowe igrzyska olimpijskie, największą imprezę dla żołnierzy formacji sportowych, i tam będę walczyć o medal. To są cele na ten rok.

 

Zdobędzie pan rekord świata?

- To jest poza zasięgiem fizjologii mojego organizmu. To tak, jakby człowieka z lękiem wysokości wysłać w Himalaje. Ludziom, którzy nie znają realiów, wydaje się, że Kenijczycy czy Etiopczycy przyjeżdżają z głuszy, z afrykańskich wyżyn, gdzie gonią ich lwy i tygrysy. Tymczasem u nich bieganie to potężny i dobrze rozwinięty biznes. Fizjoterapeuci, menedżerowie i setki zawodowych biegaczy. Wstają, jadą w grupach po 160 osób na trening, wracają, jedzą, poleżą, znowu trenują. Całe ich życie podporządkowane jest bieganiu. Do tego trenują w bardzo dobrych warunkach, czyli na wysokości: 2-2,5 tys. m n.p.m. Dlatego rekord 2:03:23 Kenijczyka Wilsona Kipsanga jest dla mnie nieosiągalny. Za to marzę o rekordzie Europy, dwie godziny sześć minut z hakiem. Tutaj przyświeca mi hasło: "Zwyciężać mogą ci, którzy wierzą, że mogą". Kiedyś dostałem od siostry kronikę: moje zdjęcia od debiutu do igrzysk olimpijskich w Londynie, a na pierwszej stronie te słowa Wergiliusza. Zawodnik, który nie wierzy, że może stanąć na podium, jest moim zdaniem przegrany już na starcie.

A na podium jaka radość! Jak moja w zeszłym roku, gdy zdobyłem trzecie miejsce w Orlen Warsaw Marathon, za Etiopczykiem Tadesse Tolą i Kenijczykiem Levym Matebo Omarim. Wbiegałem na metę i czułem ciarki na plecach. To było coś niesamowitego! Tłumy ludzi, fanfary, konfetti latające w powietrzu, aplauz, gratulacje, każdy chciał podać mi rękę... Ludzie szaleli: "To jest nasz człowiek, Polak! Tylko dwóch asów z Afryki z nim wygrało, przybijmy mu piątkę!". Tego się nie doświadcza na biegach za granicą.

CZYTAJ TEŻ: Henryk Szost: "Jak dorównać Afrykanom? Zalegalizujmy EPO albo..."

Jest pan uzależniony od biegania?

- Zdecydowanie nie. Dobrze to pokazuje mój okres roztrenowania. Po maratonie przestaję biegać i w ogóle mnie do tego nie ciągnie. Zaczynam trenować dopiero, kiedy nabieram ochoty. Myślę np. "Dobra, dzisiaj bym się przebiegł". Albo patrzę na kalendarz i stwierdzam: "Zostało 18 tygodni do startu, czas zacząć".

Ma pan kącik z pucharami jak wujek Jacek?

- Na razie wszystkie nagrody są w domu rodziców. W moim pokoju stoi szafka, a nawet dwie, a resztę trzymam w pudłach na strychu. Kiedy już swój dom urządzę do końca, znajdzie się pokój i na puchary. Prawdę mówiąc, nie dbam o nie. Dla mnie ważny jest wynik. Jak jadę na zawody, to rzadko kiedy wiem, jaka jest nagroda. Menedżer załatwia mi bieg, a ja się przygotowuję i startuję.

A pieniądze?

- Gdyby nie wojsko i sponsor, nie byłoby mnie stać na trenowanie. Bo roczny budżet maratończyka to ok. 40 tys. zł. Trzeba wliczyć sprzęt: buty po 400 zł, dresy, koszulki itd. Ze trzy obozy klimatyczne w roku, np. miesiąc w Kenii to ok. 10 tys. zł. Do tego obozy krajowe i koszty fizjoterapii, masaży, trenera. A zarobki maratończyków? Owiane są tajemnicą, regulują to kontrakty. Wysokość nagród w biegach komercyjnych każdy może sobie sprawdzić na stronach internetowych.

Dawniej, jak miałem kiepską sytuację finansową, a jeździłem na tzw. dychy (10 km), to liczyłem: dobra, tu jest 800 zł nagrody a tam jest tysiąc, więc jadę tam, gdzie jest trochę więcej. Nie miałem bogatych rodziców. Musieli się mocno drapać po głowie, żeby mi kupić parę porządnych butów do biegania. I za to im będę wdzięczny do końca życia.

Kiedy przestanie pan biegać?

- Wyczynowi maratończycy kończą karierę, mając 38-39 lat. Później kondycja fizyczna słabnie. Ja nie wyznaczam sobie granicy. Nie chcę myśleć o swoim końcu.

Rozmawiała Anna Śmigulec

* Henryk Szost urodził się w 1982 r. Jest mistrzem i aktualnym rekordzistą Polski w maratonie. Trzy lata temu w Otsu w Japonii podczas maratonu Lake Biwa uzyskał czas 2:07:39, poprawiając dziewięcioletni rekord Polski. W tym samym roku wywalczył 9. miejsce w maratonie na igrzyskach olimpijskich w Londynie. W 2010 r. w Atenach zdobył tytuł mistrza świata wjskowych w Maratonie. Jest zawodowym żołnierzem, trenuje w WKS Grunwald w Poznaniu.

''Dużym Formacie'' czytaj też:

Rafał Sonik: Na wielbłąda mnie nie stać
Liderzy nikomu nie pomogą. Jeśli ja się zatrzymam, to inny na pewno nie stanie, a walczymy o sekundy. Rozmowa z Rafałem Sonikiem

Kluza uświadamia Kwaśniewskiego. Brakuje nam 200 tysięcy Polaków rocznie!
Najgorzej będzie miało pokolenie osób urodzonych w końcówce lat 60., w latach 70. i na początku 80. Bo dziś to pokolenie dużo łoży na system, który został stworzony kiedyś, a jednocześnie jest duże prawdopodobieństwo, że samo zostanie pozbawione pewnych praw.

Siergiej Zacharow. Doniecki Banksy
Najpierw rysujesz jajo - to będzie głowa Putina. Potem koniecznie musisz skupić się na nosie

Ustawa o bestiach a życie
Dziecko trochę płakało, trochę się ruszało. Orgazmu nie przeżyłem, ale wewnętrznie odprężyłem się - podkreślił podczas przesłuchania Henryk Z.

Dominikana: Raj, w którym seks jest bogiem
Sanky panky nie lubi, gdy nazywa się go męską prostytutką. On stara się, by turystka uwierzyła w jego miłość. I żeby ta wiara przetrwała koniec turnusu

Globisz odbiera telefon
- Powiedziałam, żeby już odpuścił tę chorobę. Bo my tu ciągle pijemy i pijemy za jego zdrowie. "Chcesz, żebyśmy zapili się na śmierć?" - zapytałam

Polish shit
...czyli jaki kraj, taki musical [VARGA]