Cracovia Maraton. Anna Bełtowska-Król: Pomyślałam, że i ja mogłabym przebiec taki maraton

Anna Bełtowska-Król to pierwsza mistrzyni Polski w maratonie. Jest jedną z pierwszych kobiet, która w Polsce zaczęła uprawiać maraton. Gdyby zliczyć kilometraż, który przebiegła, wyszłoby, że obiegła kulę ziemską kilka razy. - Bywało, że miesięcznie pokonywałam 600, 800 kilometrów - mówi.

ZAPISZ SIĘ NA CRACOVIA MARATON

Ile ma pani maratonów ukończonych na koncie?

Około 60.

Skąd pomysł, żeby biegać?

W szkole średniej koleżanka namówiła mnie, żebym wystartowała w szkolnych zawodach. To była okazja, żeby się urwać z lekcji [śmiech]. Wystartowałam na dystansie 500 metrów. Wygrałam i uzyskałam wynik lepszy niż dziewczęta, które trenowały w klubie. Zauważono mnie i zaproszono do sekcji. To było w 1965 roku, w Nowym Targu.

W domu nikt wyczynowo nie uprawiał sportu, ale wszyscy jeździli na nartach albo pływali. Poza tym pochodzę z Nowego Targu, w tamtych latach sport rekreacyjny był niezwykle popularny. Ludzie biegali, grali w palanta, w dwa ognie, a zimą jeździli na nartach i sankach.

Po górach chodziłam. Mieliśmy w górach gospodarstwo i każdego lata tam jeździliśmy. Żeby do niego dotrzeć, trzeba było przejść 5 kilometrów od głównej drogi. W dzieciństwie chodziliśmy z mamą po górach. No i też trochę biegaliśmy, jak to dzieci.

Zanim zaczęła pani biegać maratony, biegała pani krótsze dystanse. Jak to się stało, że zmieniła Pani konkurencję?


Od 1967 roku byłam zawodniczką AZS-u Kraków. Tam biegałam dystanse 400 - 800 metrów. Dopiero w 1969 roku dopuszczono kobiety do dystansu 1500 metrów. Bardzo długo musiałyśmy czekać na dostęp do długich dystansów. To była domena mężczyzn.

Anna Bełtowska-Król

W 1969 roku byłam na mistrzostwach Europy w Grecji w Atenach. Startowałam w sztafecie 4x400 metrów. Ostatniego dnia poszłyśmy obejrzećbieg maratoński mężczyzn. Patrząc na panów w akcji, pomyślałam sobie, że ja też mogłabym przebiec taki bieg.

Z polski startowało trzech biegaczy, jednym z nich był Michał Wójcik, najlepszy z nich [przyp. red. zajął siódme miejsce]. W latach 80-tych był moim trenerem.

JAK KOBIETY WYWALCZYŁY SOBIE PRAWO STARTÓW W MARATONACH

Kobietom długo nie pozwalano biegać maratonów, bo uważano, że może im na przykład wypaść macica.

O wypadającej macicy nie słyszałam. Ja słyszałam, że po starcie powyżej 20 kilometrów u kobiet zachodzą nieodwracalne zmiany w mózgu. Ja u siebie jednak nich nie zauważyłam [śmiech].

Czy w Polskim środowisku biegowym mówiło się o Switzer i Gibbs, które niejako wywalczyły prawo startów dla kobiet?

Ja słyszałam o Grete Waitz, Norweżce. Pod koniec lat 70-tych miała najlepszy wynik na świecie. A że wcześniej ścigałam się z nią na dystansie 800 metrów, stwierdziłam, że i ja mogę spróbować.

W 1979 roku zaczęłam pracę w Hutniku. Pracował tam też Andrzej Biernat, trener kadry maratończyków. Zachęcał mnie, żebym spróbowała. Ciągle startowałam na krótkich i średnich dystansach, bo to było z korzyścią dla klubu. Aż przyszedł rok 1980 i wystartowałam w pierwszym maratonie. Był to Maraton Warszawski.

Jak było?


Wszystko było dobrze do 35. kilometra. Na bieg wzięłam ze sobą cukier i po 35. kilometrze zjadłam jedną kostkę. Pokleiły mi się całe ręce i koniecznie chciałam je gdzieś umyć. Biegł ze mną kolega z Gdańska i on ostrzegał mnie, żebym nie próbowała wspomagać się cukrem, ale ja poczułam głód. Co miałam robić? No przez ten cukier kilometr przebiegłam w 15 minut. Dlatego wynik końcowy nie był szczególnie dobry, bo wyniósł 3:05. Ważne jednak, że dobiegłam do końca.

 

Inni zawodnicy jedli coś podczas maratonu?

Na maratonie trzeba przede wszystkim pić. Po tym cukrze zraziłam się i już więcej podczas biegu nic nie jadłam. Piłam tylko wodę. Jak się biegnie w granicach 3 godzin to wystarczy.

Taka codzienna dieta biegacza nie różniła się natomiast od diety innych ludzi. Potem poznałam zawodniczki, co stosowały specjalną dietę węglowodanowo-białkową. Ja też jej próbowałam, ale lekarz powiedział mi, że ona nie dla mnie. Po tym okresie, kiedy jadłam dużo białka, jak miałam zacząć jeść węglowodany, to na widok cukierka robiło mi się niedobrze.

Jadło się to, co jedli wszyscy. U mnie w rodzinie nigdy nie jadało się tłusto, więc powiedzmy, że raczej nie jadłam tłustej golonki i tłustych zup. Tylko chude mięso.

W Dębnie, gdzie odbywały się mistrzostwa Polski, zawsze przed startem serwowali kurczaka w rosole. To nie był dobry posiłek. Ciężki, powodował kolki.

Dużo startowałam za granicą i miałam kontakt z maratończykami z innych krajów. Za ich radą szybko przestawiłam się na lekkie śniadania - szklanka soku pomarańczowego i rogalik z masłem i dżemem.

Do tej pory to maratoński klasyk.

Tak? No proszę. Sok jest potrzebny, żeby pobudzić trawienie przed startem, żeby potem nie było problemów żołądkowych. Po biegu natomiast jadłam zawsze banany. W czasie biegu koniecznie trzeba pić na każdym punkcie.

JAK PIĆ NA MARATONIE?

Jest pani pierwszą oficjalną mistrzynią Polski w maratonie.

Pierwsze mistrzostwo zdobyłam w Maratonie Warszawskim w 1980 roku, biegałam sama. Dzień przed maratonem miałam start w meczu ligowym 4x400 metrów. po biegu wsiadłam do pociągu relacji Kraków-Warszawa i przyjechałam do stolicy. W szatni, kiedy powiedziałam, że muszę się pierwsza wykąpać, bo zaraz mam pociąg do stolicy, nikt mi nie wierzył, że jadę na maraton. "Ściemniasz" - mówili. W poniedziałek już wiedzieli, że nie żartowałam.

Rok później znowu wygrałam Maraton Warszawski. Od 1982 roku mistrzostwa odbywały się w Dębnie. Pierwszy maraton tam biegłam chyba sama z mężczyznami. Potem ścigałam się z Czeszkami.

Rok przed moim pierwszym startem, w 1979 roku w Maratonie Warszawskim biegły moje koleżanki, ale ich wynik nie został uznany. Źle wymierzono trasę. Brakowało dwóch kilometrów.

Jak wyglądał pani trening?

Jeśli przygotowywałam się do średnich dystansów, biegałam mniej niż przed maratonem. Taki prawdziwy maratoński trening zaczęłam w 1982 roku. Bywało, że miesięcznie pokonywałam 600, 800 kilometrów. To 800 to zdarzało się podczas obozów biegowych. Wyjeżdżaliśmy do Krynicy Górskiej, wyjazd sponsorowała krakowska huta. Tam robiłam po 11, 12 treningów w tygodniu. Biegałam rano i wieczorem.

A na co dzień jak reagowali ludzie, kiedy widzieli panią biegająca po ulicy?

Sąsiedzi musieli się przyzwyczaić [śmiech]. Mieszkałam koło wojskowej jednostki i z żołnierzami też musiałam sobie poradzić. Lubili mi docinać, żartować. Kiedyś im dałam do wiwatu. Od tamtej pory przestali się czepiać. Jak mnie widzieli, to nowym kolegom mówili, "nie odzywaj się do niej, bo ci jeszcze odpali, ona potrafi". Jestem góralką, mam taki charakter.

Początkowo ludzie różnie na mnie patrzyli, ale potem, jak na przykład kilka dni nie biegałam na wałach, bo wyjechałam gdzieś na zawody, to ludzie pytali mnie, dlaczego mnie nie było czy coś się stało.

Ma pani ulubione miejsce do biegania w Krakowie?

Park Lotników, ewentualnie biegaliśmy z kolegą i koleżanką w okolice podkrakowskich wsi z ulicy Rozrywki przez Batowice, Węgrzyce i okoliczne wioski aż do Michałowic, ale oboje wyjechali zagranicę. To był taki pagórkowaty teren, bardzo dobry do maratonu. Świetnie robiło się tam siłę biegową. Lubiłam też biegać po Lasku Wolskim i po wałach wiślanych do Dąbia do Mogiły.

Teraz czasem też wyjdę sobie pobiegać wieczorkiem. Ale już nie dużo. Wychodzi z 5, 6 kilometrów, może trochę więcej.

W jakich butach pani biegała?

Początkowo biegałam w polskich butach, nie pamiętam jak się nazywały. Produkowała je firma z Wałbrzycha. Były fatalne, nie miały podbicia pod piętą. Przez nie miałam problem ze ścięgnem Achillesa. Potem biegalam w czechosłowackich butach Botas. Były bardzo dobre do maratonu. Jak już byłam w reprezentacji Polski, to dostałam sprzęt adidasa. Mieliśmy takie buty "maratonki". Lekkie, na lekkiej podeszwie z tworzywa sztucznego a nie skóry, bo skóra obcierała.

WIELKI TEST BUTÓW DO BIEGANIA KOLEKCJI WIOSNA 2015

Za granicą złapałam kontakt z menadżerem Nike. To były jedne z lepszych butów do maratonu. Miałam taką jedną parę, gdzie w ogóle nie było wiązań. Buty były zupełnie jak skarpetka. Wsuwało się stopę i nie było żadnych otarć.

Z kolei na mistrzostwach świata w San Diego spotkaliśmy się z przedstawicielem Tigera [przyp. red. dzisiejszy Asics], dostaliśmy trochę sprzętu. Dostałam też od niego buty. To były najlepsze buty jakie miałam. Oszczędzałam je tylko na starty. Szkoda mi ich było do treningu.

Wspomniała pani mistrzostwa świata w San Diego były rok przed Igrzyskami Olimpijskimi w Los Angeles. Na igrzyska jednak nie pojechaliście...

Oglądałam nawet stadion olimpijski! Niestety nie pojechaliśmy. Pamiętam, jak ogłoszono nam, że Polska bojkotuje tę imprezę. Byliśmy całą reprezentacją na obozie przygotowawczym w Wałczu. To było przedostatnie zgrupowanie olimpijskie i byłam brana pod uwagę jako reprezentantka Polski.

KOBIETY TO SŁABA PŁEĆ? POZNAJ AMY PALMIERO-WINTERS

Zwołano nas wszystkich i zamiast treningu powiedziano, że jednak nie jedziemy na IO. Polska jako ostatnia ogłosiła bojkot. Byliśmy bardzo smutni. Siedzieliśmy paczką na pomoście nad jeziorem i rozmawialiśmy o tym, co będzie.

Olimpiada trwa 4 lata. Nie pojechanie na jedne igrzyska może przekreślić szansę sportowca na bycie olimpijczykiem. Czy ma pani wrażenie, że bojkotem odebrano pani szansę na medal?

Nie, raczej nie. Przecież wcześniej już byłam w Los Angeles... Nie, nie mam takiego poczucia. Na medal nie liczyłam. Wtedy już cały świat uprawiał maraton. Jednak sam udział w najważniejszej dla sportowca imprezie został nam odebrany.

Wystartowała za to pani w Pradze, w biegu maratońskim zorganizowanym dla maratończyków z krajów bloku wschodniego, niejako za ten maraton w Los Angeles. Zeszła pani z trasy. Dlaczego?

A porozmawiałam sobie z innymi biegaczkami i doszłyśmy do wniosku, że to bieganie nie ma sensu. Trasa była brzydka, za miesiąc czekały nas kolejne starty, nie miałyśmy szans z Rosjankami. Nie było po co się tak męczyć.

Nie zostało to najlepiej odebrane przez organizatorów. Doszukiwano się tła politycznego. Trochę musiałam się tłumaczyć, ale przed startem miałam niewielką kontuzję. Powiedziałam, że mi się odnowiła.

KOBIETY TO LEPSZE MARATONKI? JEST NA TO TEORIA!

Czy zauważyła pani różnicę między kulturą biegania u nas i tam?

Nie no, oczywiście. Tam dużo więcej osób startowało. Jeździłam jako zaproszona biegaczka. Miałam bardzo dobre warunki. Zawsze starowałam z pierwszej linii. Nie trzeba się było przepychać z amatorami, chociaż walka przez pierwsze dwa kilometry też była.

W Polsce były to początki masowych biegów, ale organizacyjnie te największe biegi raczej nie odstawały od biegów zachodnich. Były punkty żywieniowe, dobrze obstawiona trasa.

Dużo biegała Pani na Zachodzie.

Bardzo dużo jeździłam za granicę. Pierwsze zagraniczne zaproszenie dostałam do Seulu na maraton przedolimpijski. Niestety nie pojechaliśmy ze Zbyszkiem Pierzynką, maratończykiem też z Krakowa [czołowy polski maratończyk, reprezentant kraju]. Za to potem ruszyło i już często nas zapraszano.

Kiedyś jednego roku przebiegłam 6 maratonów. To był jednak wyjątek. Byłam we Francji, w Paryżu na maratonie tylko dla kobiet. Tam wystartowałam i organizator berlińskiego maratonu zaprosił mnie do stolicy Niemiec. Bieg odbywał się tydzień później. Na starcie wzbudziłam sensację. Spiker ogłosił, że tydzień wcześniej pobiegłam w Paryżu. Jakoś przeżyłam. Różnicy jakieś dużej w wyniku nie było, nie czułam wielkiego zmęczenia. Co prawda w Paryżu pobiegłam trochę ostrzej, bo do 36. kilometra prowadziłam. Ostatecznie byłam 11. Wtedy Holenderka polskiego pochodzenia nabiegała rekord Holandii. Po biegu dziękowała mi, że świetnie ją poprowadziłam [śmiech]. W Berlinie natomiast wygrałam w kategorii weteranów.

Poza tym w 1984 roku byłam na Filipinach. Zajęłam 3. miejsce. Gratulował mi sam generał Marcos. Dużo też biegałam we Francji, także w biegach górskich, w Holandii, w Belgii. Biegałam też demoludach, w Koszycach i Budapeszcie.

Dzięki temu poznałam wielu ludzi.

Utrzymuje Pani z nimi kontakty?

Tak, pisujemy do siebie kartki.

Nie chciałaby Pani jeszcze kiedyś wystartować w maratonie?

Tyle razy obiegłam równik, że już nie mam ochoty. Teraz maratony tylko oglądam.

Skoro Pani ogląda maratony. Biali biegacze prześcigną kiedyś Kenijczyków?

Trudno powiedzieć. Oni mają predyspozycje fizyczne do biegania. Poza tym są wychowani na kukurydzy. Może to coś daje? Pamiętam jak po maratonie w Paryżu poszliśmy na proszony obiad. Był befsztyk. Kenijczykom jednak nie smakował. Zapytałam dlaczego, powiedzieli, że wolą jeść kukurydzę. Po prostu nie jedli mięsa.