"Umrę zdrowy", czyli jak się biega po osiemdziesiątce

Czy można z namiętnego palacza stać się maratończykiem i biegać do osiemdziesiątki, ciesząc się świetnym zdrowiem i podziwem znajomych? 80-letni Artur Zawodny pokazuje, że można!

Zrobiłem dychę, padłem nieżywy

Moja biegowa „kariera” zaczęła się dawno, bo w 1984 roku, prawie dwadzieścia lat po moim przyjeździe do USA i 30 lat od momentu, kiedy sięgnąłem po pierwszego papierosa. 18 lutego 1984 roku siedziałem jak zwykle przed TV paląc papierosy, popijając whisky i oglądając słynny Hawajski Maraton. Widząc niemłodych zawodników obojga płci, pomyślałem sobie: „A ja to co? Dlaczego nie spróbuję?”. Niewiele myśląc, zgasiłem papierosa, pojechałem do sklepu, kupiłem buty do biegania i zrobiłem pierwszą „dychę”! Padłem niemalże nieżywy i następnego dnia nie poszedłem do pracy. Klęska niesamowita!

Zrobiłem maraton, przeżyłem (chociaż ledwo)

Nie zniechęciła mnie jednak i jeszcze tego samego roku, w listopadzie, pobiegłem pierwszy maraton w Nowym Jorku, kończąc go w czasie 4:09. Pamiętam, że zapisy kończyły się już w kwietniu. Kandydatów wybierano losowo, tak wiele było zgłoszeń. Sam bieg był pełen ciekawostek. „Zbiórka” odbywała się w parku pod mostem nad rzeką Hudson łączącą Nowy York z New Jersey, już trzy godziny przed startem, bo było aż 30 000 zawodników. Inne trudności związane z taką frekwencją, to kilometrowe kolejki do dziesiątek urynałów, potem zaś, kiedy wreszcie burmistrz Nowego Yorku odpalił armatkę startową, zajęło nam kilka minut, by (będąc już na moście) zaledwie zacząć dreptać w miejscu. Pierwsze kilkaset metrów maratonu biegło się przez most. Ci z nas, którzy nie zdążyli dostać się do oficjalnych urynałów, nie walczyli ze sobą, lecz bezceremonialnie załatwiali swoje fizjologiczne potrzeby z mostu do rzeki. Nie wiem, jak sobie z tym radziły panie

Nie pamiętam jak dotarłem do 42 km, ale kiedy byłem już w Harlemie, a oficjalny zegar wskazywał równo 4 godziny, usiadłem bezsilny w rynsztoku i powiedziałem: „Dosyć!”. Za chwilę jednak poklepał mnie po plecach jakiś życzliwy ciemnoskóry biegacz, krzycząc: „Rusz się, już blisko, goń, dasz radę”! Wstałem i dosłownie doczłapałem do mety, „finiszując” dla fasonu na ostatnich metrach.

Zemściłem się

Nie upłynęło pół roku, gdy postanowiłem „pomścić się” (na sobie) i w Waszyngtonie zrobiłem maraton w 3:47. Oczywiście o paleniu zapomniałem. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak mogłem się truć przez tyle lat.

Bieganie zaraża! Pochwalę się, że kiedy moja firma wysłała mnie na kilka lat do Tokio i Hong Kongu, udało mi się dość szybko zwerbować w biurze ekipę biegaczy, którzy zdecydowali się pobiec maraton. Mój czas był jednak powyżej czterech godzin, jako że miałem mało czasu na bieganie i niewiele wykonanych treningów przed startem. To poważnie wyhamowało moje ambicje.

W Hong Kongu miałem okazję pobiec także w niesamowitym biegu na 10 km. Było tam stare przedwojenne lotnisko, które nie gwarantowało odpowiednich warunków do lądowania. Gdy oddawano do użytku nowe, supernowoczesne lotnisko, zorganizowano bieg na 10 km na pasie startowym, dając biegaczom wspaniałą powierzchnię i nieograniczoną przestrzeń. Wrażenia były kosmiczne!

Wróciłem do Polski, biegam nadal

Wróciłem do Polski w 2000 roku, na emeryturę. Jestem „nałogowym” biegaczem. Biegam codziennie, chyba że mam dobre usprawiedliwienie, aby nie biec. Przez 31 lat ukończyłem 7 maratonów i 8 półmaratonów. Ostatni mój bieg to BMW Półmaraton Praski w Warszawie, którym uczciłem swoje 80. urodziny. Czas - 2:21. Mój najlepszy wynik życiowy to 1:36, ale byłem wtedy pięćdziesięciotrzyletnim „młodzieńcem”.

Mój rekord w maratonie to 3:34. Nie miałem wtedy nawet sześćdziesiątki. Z kolei najgorszy wynik to ten z Paryża w 2005 roku, gdzie ledwo się doczołgałem w 4:35.

Od początku mojej „kariery” codziennie zapisuję przebiegnięty dystans i wyniki w zawodach oraz przyczynę ominięcia treningu, o ile taka jest. Stąd wiem, że biegając rocznie średnio „tylko” 1600 km (czyli 1000 mil, bo wszystkie notatki mam od lat w milach) mam w swoich piętach „zaledwie” około 50 000 km. Wszystko udokumentowane.

Umrę zdrowy

Co mogę powiedzieć o korzyściach płynących z biegania? Dużo. Rzuciłem palenie. Zrzuciłem 12 kg i od lat trzymam wagę 70 kg. Mam prawidłowe ciśnienie, niski puls, dużą wydajność płuc. Łatwo pokonuję każdy wysiłek, o zadyszkę muszę się bardzo postarać. W zeszłym roku, w czasie próby wysiłkowej, zdjęto mnie z bieżni, bo miałem „niebezpieczne” tętno - 105 uderzeń/min.  Upierałem się, że biegam zwykle mając 120-125 uderzeń, ale lekarz powiedział, że musi się trzymać urzędowej tabeli zgodnej z wiekiem. Widać, że z biegaczami po osiemdziesiątce nie miał do czynienia. Korzyści z mojego biegania ma także mój syn - Artek (już pod pięćdziesiątkę), który za przykładem ojca zaczął uprawiać sport i regularnie pływa od 30 lat.

Niektórzy mówią żartobliwie (a może złośliwie), że zapewne umrę zdrowy. Traktuję to jako komplement. Na pewno nie chcę się wyleczyć się z takiego „nałogu”, który tak sowicie wynagradza mnie zdrowiem. Ale gdzie mi tam do Ryśka z Wituni, który jest w trakcie pokonywania 366 maratonów w 366 dni.