Biegowa ruletka. Relacja z Supermaratonu Gór Stołowych [felieton]

Cieszę oczy soczystą, nasyconą chloroplastem zielenią, słucham śpiewu natury, zachwycając się skalistymi maczugami Freda Flinstona. Rany jak pięknie! - krzyczę zauroczona, wtapiając się coraz bardziej, w baśniowy świat leśnej fantastyki. Jako warszawski biegacz asfaltowy, chłonę magię tego miejsca niczym kuchenny pochłaniacz opary smażonej kiełbasy!

Byliście kiedyś w kasynie? Wyobraźcie sobie, że siedzicie przy dużym okrągłym stole, wasze palce nerwowo stukają o blat, dłonie kleją się od potu, skroń nerwowo pulsuje, a serce ma nieregularne przyspieszone bicie. Czerwone czy czarne? Pyta podchwytliwe krupier. Po czym przebiegle dodaje - parzyste czy nieparzyste? Zmąconym wzrokiem szukacie najlepszej odpowiedzi. Ta wielka niewiadoma sprawia, że czujecie się niepewnie. Świadomość braku kontroli jest bardzo frustrująca.

Czerwone! - Mówicie z wahaniem kładąc drżącą ręką pieniądze na stół. W odpowiedzi krupier kręci żywiołowo kołem. Czerwone, czarne, czarowne czarne..... Nabieracie wątpliwości, może trzeba było postawić na czarne? Koło zwalnia, srebrna kula przeznaczenia przeskakuje powoli po kolorowych polach, widzicie jak pomału mija czerwone pole i wtacza się na czarne. Oblewa was zimny pot porażki. Jednakże koło powolutku kręci się dalej, oddychacie z ulgą widząc, jak kulka turla się tym razem na czerwone pole. Czujecie, jak wasze kąciki ust nerwowo drgają i gdy podnosicie spocone ręce do radosnego przyklaśnięcia, nagle okazuje się, że kula wcale nie spoczywa na czerwonym polu, lecz cicho niczym zaskroniec w zbożu prześlizguje się na jedyne zielone pole z cyfrą 0.....

Sylwia Retmaniak - Maraton Gór StołowychSylwia Retmaniak - Maraton Gór Stołowych [prywatne archiwum autorki]

Wstaję wcześnie rano czując przyjemny dreszczyk podekscytowania niczym komputerowy nerd  przed odkryciem komnaty tajemnic. Patrzę na biegowy zegarek, który nieubłaganie odlicza czas do mojego pierwszego w tym sezonie biegu ultra. Nie umiem oszacować czasu, w jakim zrobię odległość 50 kilometrów. Nie umiem też przewidzieć pogody, temperatury ani nawet tego, kiedy zrobię się głodna, zła i zmęczona. Nie przepowiem, gdzie uderzy mnie gałąź, kiedy zaboli kostka, czy stracę zapał, energię i kiedy zabraknie mi sił. Nie umiem także przewidzieć emocji, działań, zachowań swoich, ani tym bardziej ludzi, z którymi biegnę. A zatem ultra jest jak gra w ruletkę, nigdy nie wiesz, co się może stać na szlaku. Zarówno wydarzenia jak i ludzkie reakcje są wtedy nie do przewidzenia, dlatego całe 50 kilometrów biegu to istny kalejdoskop zdarzeń.

Do 20km biegnie mi się znakomicie. Jest humor i energia, dobre tempo, uśmiech na gębie i wiatr we włosach. Trasa jest trudna, ale piękne widoki w pełni rekompensują podjęty wysiłek. Cieszę oczy soczystą, nasyconą chloroplastem zielenią, słucham śpiewu natury, zachwycając się skalistymi maczugami Freda Flinstona. Rany jak pięknie! – krzyczę zauroczona, wtapiając się coraz bardziej w baśniowy świat leśnej fantastyki. Jako warszawski biegacz asfaltowy, chłonę magię tego miejsca niczym kuchenny pochłaniacz opary smażonej kiełbasy! To niesamowite, jak bardzo górski bieg różni się od tego w mieście. Jego niepowtarzalność i nieprzewidywalność sprawia, iż każdy krok jest tak ekscytujący, że tracimy kontakt ze światem rzeczywistym. Zewsząd otacza nas głębia leśnej potęgi, która zapiera dech w piersiach i przytłacza mocą swej natury.

Docieram do bufetu, jem łapczywie pomarańcze. Ich słodki sok skapuje mi po brodzie i klei brudne od wspinaczki ręce. Biorę garść rodzynek i wrzucam do paszczy przełykając bez pogryzania, po czym lecę dalej górską łąką, nieświadoma niebezpieczeństwa, niesiona rządzą dalszych przygód…

Dochodzimy do punktu, w którym kończy się przyjemna część opowieści. Od tego momentu jest ciągle pod górkę, bowiem wiatr wieje w mordę, a piach sypie w oczy. Z minuty na minutę robię się coraz wolniejsza. Zaczynam słabnąć. Spożyte pomarańcze okazują się niewystarczające na tak wyczerpującą trasę. Moje nogi robią się miękkie, niestabilne i nieposłuszne. Każę im biec, lecz one uparcie stoją. Siłą woli wlokę je za torsem.

Sylwia Retmaniak - Maraton Gór StołowychSylwia Retmaniak - Maraton Gór Stołowych [prywatne archiwum autorki]

Zaczyna mnie boleć głowa. Wzrok traci ostrość. Mam szum w uszach i suchość w ustach. Oddech jest ciężki i płytki. Boli mnie serce, zaczyna boleć też dusza. Leśna krawcowa napina nić mojego życia i niczym kat ostro tnie ją na pół nożyczkami. Upadam. Nie mam siły się podnieść. Nie mam siły nawet wykrzyczeć, że nie mam siły! Po prostu milknę. Odpływam. Próbuje, co chwilę zbierając w sobie całą energię wprawiać w ruch swoje niepokorne ciało. Dyszę. Świszczę jak stary nienaoliwiony rower. Stękam. Aż w końcu płaczę. Płaczę z niemocy, ze złości, z poczucia własnej słabości. Płaczę, bo nie umiem sobie poradzić z własnym ciałem. Czuję się pokonana przez góry – słaba, zniszczona, zmiażdżona potęgą przyrody. Zaczynam się dusić, nie wiem czy to w wyniku wysiłku czy ataku paniki. Piękny las nabiera dla mnie przerażającego wyrazu. Zaczynam się bać. Nerwowo zerkam na zegarek i pierwszy raz w życiu mam obawy czy zmieszczę się w limicie czasu....

Kolejne kilometry przemierzam już bardzo powoli. Paradoksalnie im gorzej się czuję, tym mniej jem i mniej piję pogarszając jeszcze bardziej swój stan niemocy. Czuję się taka mała na tle tego olbrzymiego lasu. Taka krucha przy tych twardych skałach. Taka wolna przy innych biegaczach!

Zaczynają targać mną sprzeczne uczucia, z jednej strony bardzo chcę ukończyć ten bieg, a z drugiej pragnę go przerwać i zejść z trasy zawodów, wrócić do domu, położyć się do miękkiego czystego łóżka i żreć czekoladę pod kołdrą. Niestety sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza, gdy z nieba spada lodowaty, rzęsisty deszcz. Szybko tracę temperaturę ciała. Jest mi bardzo źle na duszy, umyśle, ciele i sercu. Robię się niemiła i opryskliwa, chyba mszczę się na innych za swoje słabości. Wszystko i wszyscy mnie wkurzają. Przestaje mi się tu podobać!

Sylwia Retmaniak - Maraton Gór StołowychSylwia Retmaniak - Maraton Gór Stołowych [prywatne archiwum autorki]

Trasa robi się śliska i niebezpieczna, deszcz utrudnia widoczność i nie pozwala skupić się na przeszkodach, przez co ciągle się potykam dotkliwe uszkadzając skręconą miesiąc temu kostkę. Krzyczę z bólu. Nie! Ja nie krzyczę, ja ryczę jak bawół raniony przez lwicę na polowaniu! Temperatura mojego ciała ponownie niebezpiecznie spada. Dostaje drgawek, oczy zachodzą mi mgłą gęstą jak tłuste swojskie mleko od wolno pasącej się szczęśliwej krowy.

Dobiegam do bufetu, mimo całkowitego spadku energii, nic już nie jem. Jest mi tak zimno, że nie umiem nawet podziękować rozbierającemu się woluntariuszowi za bluzę, którą towarzyszący mi biegacz wyciera moje skostniałe ciało. Potem troskliwie owija mnie złotą folią, którą zawsze uważałam za zbędną w wyposażeniu biegacza i ubiera w ukrytą w plecaczku kurtkę. Czuję jak pomału odzyskuje świadomość. Jak wraz z każdym krokiem wraca krążenie i robi mi się coraz cieplej. Folia doskonale spełnia swoją rolę, chroniąc moje ciało od lodowatego wiatru. Widzę już prześwitujący między drzewami asfalt.

Jest! Jest! Dzięki ci Panie, jest! – krzyczę na jego widok, tak jakbym, co najmniej zobaczyła białego renifera na środku afrykańskiej pustyni. Zaczynam biec szybciej, niesiona wizją końca biegu. Powykręcane kostki i obolałe stopy pragną poczuć twardy prosty asfalt. W tym momencie zmieniam się w koneserkę betonu. Jak ja bardzo kocham asfalt! Nie ma chyba nikogo, kto po tylu wymagających technicznie kilometrach górskiego biegu, nie cieszył się na widok utwardzonej asfaltowej nawierzchni.

Sylwia Retmaniak - Maraton Gór StołowychSylwia Retmaniak - Maraton Gór Stołowych [prywatne archiwum autorki]

Widząc zbliżający się limit czasowy na zegarku, dobiegam do schodów, które są ostatnią przeszkodą przed metą. Wchodzę po nich z trudem łapiąc oddech, kręci mi się w głowie. Co chwilę zatrzymuję się, by uzupełnić zapas tlenu w płucach, nie umiem ustabilizować oddechu i zaczynam się dusić. Wpadam w panikę i znowu płaczę! Tak mało zostało do mety, a tak ciężko jest do niej dotrzeć. Słyszę jak wracający do domu zawodnicy, którzy dawno temu ukończyli ten bieg dopingują mnie do kolejnego kroku, zbieram siły i kurczowo wciągając się po barierce brnę na górę, przekraczając metę 29 minut przed końcem limitu biegu – pytanie tylko czy jako przegrany czy zwycięzca?

Stoję na szczycie gór, patrząc w przepaść, uświadamiam sobie jak wielkiego wysiłku wymagał ode mnie dzisiejszy bieg i jak gigantyczną odległość pokonałam. Teraz z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że jestem zwycięzcą!

Czy mogłam się lepiej przygotować do tego biegu? Czy rezygnując dzień wcześniej z turystyczno-krajobrazowego zwiedzania po górskim miasteczku, byłabym w lepszej kondycji fizycznej? Czy jedząc żele na trasie miałabym więcej siły? Czy zakładając kurtkę wcześniej, nie doprowadziłabym do skrajnego wychłodzenia organizmu? Czy biorąc pod uwagę moją przypadłość, jaką jest zakrzepica żył głębokich, biegnąc ostrożniej, mądrzej rozkładając siły, dotarłabym na metę wcześniej? Czy...

Nie! N-I-E! Nie warto się nad tym zastawiać! Dlaczego? Bo nie płacze się nad rozlanym już mlekiem. Zrobiłam to, co zrobiłam z pełną premedytacją, mając świadomość możliwych konsekwencji. Czy zatem zmieniłabym coś gdybym w czarodziejski sposób mogła cofnąć czas? Oczywiście, że nie, bo wcześniejsze spontaniczne, turystyczne wybieganie dało mi tyle radości, że było warte każdej sekundy cierpienia dnia następnego.

A że bieg był przez to cięższy do przejścia niż myślałam, to trudno, takie jest ryzyko podejmowania każdej decyzji. Tym bardziej, że ultra rządzi się innymi prawami niż biegi asfaltowe, a jego nieprzewidywalność jest wpisana w jego naturę. Tutaj nie ma zasad, sztywnych reguł gry, matematycznych wyliczeń. Biegi ultra to Escape Room z potężnym konkurentem, jakim jest natura, która w momencie, gdy wchodzisz na jej terytorium wprawia w ruch pełną wyzwań górską ruletkę!

Sylwia Retmaniak - Maraton Gór StołowychSylwia Retmaniak - Maraton Gór Stołowych [prywatne archiwum autorki]