Na treningu wstydziła się powiedzieć, że nie widzi. Dziś zdobywa medale biegając, ale z przewodnikiem

- Lekarze mówią: "Nie biegaj, nie męcz się". Nie wyobrażam sobie życia bez sportu - mówi Joanna Mazur, niewidoma biegaczka, która z przewodnikiem zdobyła medal na mistrzostwach świata niepełnosprawnych w Londynie.

Damian Bąbol, Sport. pl: Nagranie z finałowego biegu na 1500 metrów ma już ponad milion wyświetleń!

Joanna Mazur: Otrzymujemy mnóstwo pozytywnych wiadomości. Trudno w to wszystko uwierzyć. To nagroda za ciężką pracę, jaką razem wykonaliśmy. Jesteśmy szczęśliwi i trochę zmęczeni, bo to był bardzo intensywny czas.

Michał Stawicki: W trakcie dziewięciu dni startowaliśmy osiem razy. Zdobyliśmy trzy medale, ale po drodze były też biegi eliminacyjne. Nawet pełnosprawni sportowcy na dużych imprezach nie startują tak często.

Był czas na świętowanie po zdobyciu złotego medalu?

MS:  Zapomnij. Po powrocie ze stadionu nie zjedliśmy porządnej kolacji, bo w hotelu zamknęli kuchnię. Mieli poczekać, ale chyba o nas zapomnieli. Na drugi dzień czekały nas eliminacje na 800 m, więc wzięliśmy szybki prysznic i wyszliśmy na miasto, żeby coś zjeść. Zasnęliśmy około 3 nad ranem. Kontakt z nami był ograniczony. Jak najszybciej musieliśmy się wyciszyć, odpocząć i przede wszystkim zregenerować.

JM: Ja tylko zadzwoniłam szybko do mamy, bo wiedziałam, że wszyscy w domu ogromnie to przeżywali. Akurat byłam masowana na leżance, trzymałam telefon na uchu, powiedziałam, że kocham wszystkich i dalej się koncentrowałam. To była pasjonująca rywalizacja.

Na ostatnim wirażu byliście jeszcze na czwartym miejscu. Dopiero na 10 m przed metą wyprzedziliście pierwszą parę.

MS: To była zdecydowanie najbardziej zacięta rywalizacja w historii dystansu 1500 m wśród osób niepełnosprawnych. Nigdy wcześniej nie było tak niewielkich różnic między pierwszą trójką. Wcześniej wszystko było rozgrywane w odstępach 10-15 metrowych. Na to, jak będzie wyglądał nasz bieg, pracowaliśmy od grudnia. Jego wizję od dawna miałem w głowie. Śledziłem też występy naszych konkurentek. Wiedziałem jak biegają.

Jak się komunikowaliście w trakcie biegu?

JM: Po prostu biegliśmy. Podczas zawodów nie dostaję od Michała żadnych informacji. Nie wiem, czy jesteśmy na piątym, czy pierwszym miejscu. Staram się trzymać założeń, które ustalamy przed startem. O całej reszcie nie myślę.

Naprawdę nie krzyczałeś do Asi na ostatniej prostej, żeby jeszcze przyspieszyła?

MS: Nie, robiliśmy swoje. Wiedziałem, że wszystko dobrze się skończy. Asia była świetnie przygotowana. Poza tym wychodząc na start musimy zapomnieć o dobrych i złych emocjach. Nadmiar negatywnych myśli powoduje, że Asia się usztywnia. Z kolei euforyczne uniesienia też nie są dobre, bo powodują zbyt duże rozluźnienie.

JM: Michał ma w sobie bardzo dużo spokoju. W finale na 1500 m biegłam jak na treningu. Czułam niesamowity luz w nogach. Koleżanka z kadry zapytała, czy się w ogóle zmęczyłam. Prawda jest taka, że nie dałam z siebie wszystkiego. Miałam duży zapas. To był bieg życia.

Atmosfera na stadionie była znakomita. Nie czułaś się zestresowana?

JM: Na treningach oswajałam się z głośnym dopingiem. Biegałam w słuchawkach, z których płynęły odgłosy trybun, m.in. głośne reakcje publiczności podczas finałów z udziałem Usaina Bolta. To był element naszego treningu.

Do tej pory jak oglądam powtórki z waszego finału to mam gęsią skórkę. Internet was pokochał.

JM: To dla nas bardzo ważne, że media zaczynają się interesować sportem osób niepełnosprawnych. Zależy nam na tym. Treningi i starty kosztują nas bardzo dużo energii, poświęcenia i zaangażowania. Tak samo jak sportowców pełnosprawnych. My też zasługujemy na uwagę i cieszymy się, że jesteśmy coraz bardziej dostrzegani.

Joanna Mazur i Michał StawnickiJoanna Mazur i Michał Stawnicki www.facebook.com/Joanna-Mazur-Michał-Stawicki-T11-Running-Pair

Wcześniej czuliście się niedoceniani?

JM: Starty osób niepełnosprawnych nie są zbyt medialne. Ale jeśli nasza reprezentacja zdobywa 26 medali na mistrzostwach świata, to warto o tym mówić i to nagłaśniać.

MS: Bardzo się cieszę, kiedy ten sport jest promowany i pokazywany również w ogólnodostępnych kanałach. Proszę mi wierzyć, emocje często potrafią być o wiele większe niż podczas rywalizacji sprawnych zawodników. Ale tu nie chodzi tylko o kwestie medialne. Od strony trenerskiej życzyłbym sobie i to jest moje marzenie, żeby sportowcy niepełnosprawni mieli takie same warunki do treningu jak pełnosprawni. Pod tym względem jest dużo do poprawy.

To znaczy?    

MS: Każda niepełnosprawność ma swoją specyfikę, różne są więc rodzaje treningów, trzeba je dostosowywać do zawodników. U Asi kluczowy jest ciągły trening z przewodnikiem. Tylko że ja mieszkam w Bełchatowie, a Asia jest z Krakowa. Czasami pojawia się kłopot, żeby to wszystko zgrać.

Macie sponsorów?

MS: Wszystko do tej pory opierało się na finansowaniu Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych. Dodatkowo pomógł nam ostatnio Start Tarnów, klub Asi. Jego szefowie stanęli na wysokości zadania i zapewnili nam dwa dodatkowe zgrupowania. W sumie przed mistrzostwami w Londynie spędziliśmy ze sobą 270 dni. Za wiele rzeczy płacimy sami. I to trochę boli.

Koszty są wysokie?

JM: Trzeba opłacić obóz: noclegi, wyżywienie. Zdarza się, że płacimy też za obiekty treningowe i odnowę biologiczną. Tego wszystkiego potrzebujemy, żeby się rozwijać. Staramy się o sponsorów, ale w sporcie osób niepełnosprawnych nie jest to łatwe. Na Zachodzie to trochę inaczej wygląda. Tam rywalizacja osób niepełnosprawnych jest bardziej popularna. Firmy, przedsiębiorcy włączają się w pomoc, bo to naprawdę atrakcyjny rynek. Szczytowe transmisje z igrzysk paraolimpijskich w Rio miały milionową oglądalność! Warto zainwestować w takich sportowców.

Od kiedy biegacie razem?

JM: Od października 2015 r. Obóz kadrowy w Wiśle. To był ten moment, w którym zaczynałam akceptować fakt, że po prostu nie widzę. Na co dzień trenowałam w Krakowie z grupą pełnosprawnych sprinterów pod okiem trenera Lecha Salomonowicza. Pojechałam na obóz i zostałam sama. Wstydziłam się pójść i powiedzieć: „Nie widzę i potrzebuję pomocy”. To był psychiczny ciężar. Ale pojechałam na obóz i biegałam. Starałam się dostosowywać do innych zawodników. Nie myślałam wtedy, że to na dłuższą metę nie ma sensu i że ta decyzja wiąże się z dużym ryzykiem.

I jak sobie radziłaś?

JM: Liczyłam kroki. Zapamiętywałam jak biegnę na prostym odcinku, a jak na wirażu. No, ale wiadomo jak to bywa z matematyką. Czasem człowiek się pomyli. Bardzo mocno uderzyłam w płotek. Stłuczenie było poważne, myślałam, że złamałam nogę. To cud, że nie stało się nic poważniejszego. Po tamtym incydencie zadzwoniłam do jednego z opiekunów i opowiedziałam całą prawdę. Wtedy trafiłam do grupy Michała.

Nikt nie domyślał się, że masz poważny problem ze wzrokiem?

JM: Moja wada rozwijała się bardzo dynamicznie. Sama też uczyłam się tego jak widzę, a właściwie, że widzę coraz mniej. Zrozumiałam, że najwyższy czas się z tym pogodzić, a przede wszystkim do tego przyznać. Zwróciłam się do Michała z prośbą, żeby ze mną pobiegał. Chętnie się zgodził.

MS: Byłem wtedy trenerem kadry paraolimpijskiej. Od pierwszego treningu współpraca zaczęła się układać bardzo dobrze. Szybko zaczęliśmy się świetnie dogadywać. Po obozie jednak rozjechaliśmy się do domów i Asia przez jakiś czas trenowała sama.

Próbowałaś biegać z innymi partnerami?

JM: Tak, ale byli dla mnie za wolni. Jeden z nich na bardzo mocnym treningu - 12 razy 500 metrów - wytrzymał tylko osiem odcinków. Z innym też szarpałam tempo, ale spowalniał mnie. To nie było to.

MS: Nie jest łatwo zgrać dwie osoby, żeby biegały idealnie równo. Współpraca i pełne zaufanie to podstawa. Na zawodach nie mogę wyprzedzić zawodniczki. Grozi to dyskwalifikacją.

Musisz mieć do Michała stuprocentowe zaufanie.

JM: Na jego hasło: „Stop!” - choćby się waliło i paliło - hamuję i staję niczym zamurowana. Michał to moje oczy. Ufam mu bezgranicznie. Ale on też nie jest idealny. Mógłby się trochę lepiej orientować w kierunkach... (śmiech).

Jak to?

JM: Raz startowaliśmy na zawodach w Bydgoszczy. Trasa trailowa, czyli górki, ostre zakręty. Michał biegł tuż przede mną, było bardzo wąsko. Nagle krzyknął: „W prawo!”. Jak w prawo, to w prawo. Skręciłam i wylądowałam w krzakach, a ten pognał w lewo. To pokazuje, jak bardzo mu ufam i bez wahania wykonuję, co mi nakazuję.

Jak wygląda wasz trening?

MS: Bardzo poważnie podchodzimy do każdego szczegółu. Zaczynając od odżywiania, jakościowego treningu, po regenerację. Staramy się nie przegapić najlepszej pory na sen, czyli od godz. 23 do 1. Do tego dochodzą regularne badania wydolnościowe, mierzenie zakwaszenia. Niezwykle ważna jest też systematyka posiłków. Asia ma celiakię, więc uważamy na gluten, którego nie może jeść.

JM: To jest bardzo trudny temat. Czasami zjem jego śladową ilość i mam taką biegunkę, że przez trzy dni jestem odwodniona. W okresie ciężkich treningów muszę bardzo tego pilnować. Nie ma miejsca na amatorkę. Żeby zdobywać medale na najważniejszych imprezach trzeba zasuwać na najwyższych obrotach.

Jakie to uczucie biegać w ciemności?

JM: Ciemność nie jest pełna. Widzę kolory i światło. Cieszę się, że mam chociaż tyle. Kiedy mocno świeci słonko, to z założoną opaską czuję się nawet bardziej komfortowo. Mam bardzo wyostrzony słuch, ale z zakrytymi oczami ten zmysł jeszcze bardziej się uaktywnia.

MS: Opowiedz o momentach, kiedy kompletnie gaśnie ci światło...

JM: Zdarzają się takie sytuacje, że nawet bez opaski kompletnie nic nie widzę, jakby ktoś wyłączył mi wtyczkę. Najczęściej dochodzi do tego po bardzo ciężkich treningach, na których szczególnie pracujemy nad wytrzymałością. Boli każdy centymetr ciała, jestem padnięta. Zdejmuję opaskę i jest ciemno. Zakładam - ciemno, zdejmuję - dalej ciemno. Mój organizm tak już reaguje na „bieganie w beztlenie”. Na szczęście po paru chwilach barwy i światło znów do mnie wracają.

Od dawna masz problem ze wzrokiem?

JM: Nigdy z tym nie było dobrze. Pamiętam, że jak byłam mała i zamykałam jedno oko, to w lewym widziałam ciemniej, w prawym jaśniej. Pytałam swoich braci, czy oni też tak mają, a oni, że wszystko widzą normalnie i nie wiedzą, o co mi chodzi. Pytałam mamę, ale ona też wszystko dobrze widziała. Miałam wtedy 5-6 lat. Poszłam do szkoły i zaczęło się przepisywanie z tablicy. Moje koleżanki pisały wyrazy, a ja wciąż rysowałam szlaczki. Tam gdzie był kolor, ja widziałam puste miejsce. Trochę przez to mi dokuczano. Później coraz częściej zaczęłam odwiedzać okulistę. Pierwsza diagnoza - pigmentosa. To oznaczało, że bardzo szybko stracę wzrok. I rzeczywiście, widziałam coraz gorzej. Później okazało się, że to wcale nie pigmentosa, a inna wada, której lekarze nie potrafią zdefiniować. Choroba na pewien czas ustąpiła, ale później znowu zaatakowała. Dopiero od trzech lat mniej więcej wiem, co mi jest. To ukryta dystrofia plamki. Tyle że słowo dystrofia oznacza zmiany, czyli tak naprawdę wciąż nie wiadomo, na czym ta wada dokładnie polega. Ale jedno jest pewne - nie można jej zatrzymać i nie wiadomo jaki będzie jej efekt.

Wierzysz, że odzyskasz wzrok?

JM: Kiedyś żyłam taką nadzieją. Poleciałam nawet do USA na leczenie, ale trudno mi o tym mówić. Do Polski wróciłam w złym stanie emocjonalnym. Bardzo dobrze znałam angielski i wiedziałam, o czym lekarze rozmawiają. Słyszałam, jak mówili, że nic nie da się zrobić i ta wada będzie już tylko postępować. To był trudny moment w życiu nie tylko dla mnie, ale dla całej rodziny. Długo mi zajęło zanim się z tym pogodziłam. Nie poddałam się. Jestem szczęśliwa, spełniam marzenia i realizuję swoje pasje. Jestem bardzo wdzięczna Michałowi za to, co dla mnie robi. To nie tylko przewodnik na bieżni, trener i motywator, ale przede wszystkim wielki przyjaciel.

Wyobrażasz sobie życie bez sportu?

JM: Nawet nie chcę o tym myśleć! To tak jakby ktoś mi zabronił oddychać. Na jakiś czas musiałam zrezygnować z biegania. Lekarze zabronili mi uprawiać sportu. Podejrzewali guza mózgu. Mówili: „Nie skacz, nie biegaj, nie męcz się”. Tydzień wytrzymałam. W końcu powiedziałam do mamy: „Wiesz co, jakby to miał być jakiś guz, to już dawno by pękł i byłoby po wszystkim. A skoro żyję, to go nie ma”. Dwa miesiące później zrobiono mi wszystkie badania i żadnego paskudztwa nie znaleziono. Wprawdzie lekarze nadal odradzają uprawianie sportu, ale ja nie potrafię bez niego żyć. Na pewno z niego nie zrezygnuję.

Od początku pokochałaś bieganie?

JM: Zawsze byłam aktywna i lubiłam biegać. Próbowałam różnych sportów. Jak byłam mała, to często grałam z braćmi na podwórku w nogę i kosza. Raz pamiętam, jak ktoś rzucił piłkę w moją stronę i zamiast ją złapać, dostałam w głowę (śmiech). Szybko znikały mi twarze z pola widzenia. Dostrzegałam sylwetkę, potrafiłam jeszcze ocenić, czy ktoś jest wysoki, czy niski i tyle. Nie poznawałam bliskich. Wracając ze szkoły mijałam mamę i jej nie poznawałam. Machała do mnie, ale nie widziałam. To były sygnały, że ta wada zaczyna się pogarszać. To były czasy podstawówki. Kiedy zdałam do gimnazjum przeniosłam się do Krakowa. Rodzice zapisali mnie do szkoły dla słabowidzących i niewidomych. Tam po raz pierwszy zetknęłam się z osobami, które w ogóle nic nie widzą. To mnie trochę otrzeźwiło i pomogło. Zobaczyłam, że normalnie żyją, uprawiają sport, robią zakupy, zwiedzają i podróżują. Pomyślałam sobie, że jeśli coś tam jeszcze widzę, to nie jest tak tragicznie. Zaczęłam myśleć pozytywnie. Bo ja nie straciłam na wartości jako człowiek. Kiedyś miałam różne myśli. Wydawało mi się, że do niczego się nie nadaję. A przecież wcale tak nie jest. To zajęło mi bardzo dużo czasu. Chcę się rozwijać, iść sportowo do przodu, spełniać marzenia i być szczęśliwym człowiekiem. Bez względu na to, czy jeszcze coś widzę, czy nie.

O czym najbardziej marzysz?

JM:  Medal na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio za trzy lata jest moim największym sportowym celem. Ale nie tylko o tym marzę. Chciałabym założyć rodzinę, cieszyć się życiem, być zdrowa i mieć przyjaciół dookoła. Takie proste marzenia. No i jeszcze jedno. Przeżyć skok ze spadochronem (śmiech). Oczywiście nie chciałabym też całkowicie stracić wzroku. Niech to światło, które jeszcze widzę, nigdy nie zgaśnie. Chcę dalej się cieszyć z każdego dnia bez względu na to, czy wada wzroku się pogorszy, czy nie. Brak wzroku niczego nie przekreśla.

MS: Wspominałaś coś jeszcze o przebiegnięciu maratonu...

JM: Tak, to jedno z wyzwań na mojej liście rzeczy do zrobienia w życiu. Chciałabym kiedyś pokonać ten dystans. To musi być coś niezwykłego. Pobiegniemy Michał, prawda?

MS: Nie wiem co gorsze. Maraton czy skok ze spadochronem...

JM: Jest jeszcze coś. Nigdy nie prowadziłam samochodu.

MS: Znowu zaczynasz? Szalona! Chociaż nasz znajomy fizjoterapeuta powiedział, że może się poświęcić. Ma starą Astrę i może da ci się przejechać (śmiech).

Rozmawiał Damian Bąbol

Adam Kszczot biegnie po drugi medal MŚ: Straszny ból całego ciała, łącznie z rzęsami. Zdarzają się dziury w pamięci" [WYSPORTOWANI]