"Bieganie to nieodparta chęć poznania swoich możliwości i pokonywania granic". O swojej pasji opowiada pisarka Marta Kijańska-Bednarz

Biegała w wietnamskiej dżungli, w portugalskim buszu, po wybrzeżu Turcji. Kocha biegi ultra, wie czym jest samotność długodystansowca. Kiedy nie biega, to pisze. I odwrotnie.

PB: Kiedy zaczęłaś biegać? Kiedy odkryłaś, że to coś więcej niż tylko monotonna aktywność fizyczna?

Marta Kijańska-Bednarz: Bieganie nigdy nie było dla mnie monotonną aktywnością. To coś więcej niż „tłuczenie kilometrów”. To pokonywanie barier i słabości. Na treningach. Podczas startów. Walka. Głód, zmęczenie, poczucie sponiewierania, przytłoczenia, zmiażdżenia. Złość, wściekłość, rozpacz, gotowość by się poddać, zbyt duży strach, by się poddać. Wychłodzenie, przegrzanie, odwodnienie, gotowość by umrzeć. Ale także zapierające dech poczucie szczęścia, wola walki, przemożna chęć dalej, więcej i wyżej, energia, wolność, piękno, euforia, radość, poczucie, że jestem wszechmocna, potężna, niezniszczalna, wielka i dumna. To wygrywanie. Przegrywanie. Nieodparta chęć poznania swoich możliwości i pokonywania granic. A na biegach trailowych dodatkowo przyroda, przestrzeń, widoki, świadomość wielkiej mocy i jednocześnie małości wobec potęgi świata, mnogość odczuć! I to nie chodzi o same starty, o udział w zawodach. Samo bieganie to taka jedna jedyna rzecz, która jest tylko moja, mój mały kawałek świata. Tylko moja przestrzeń w życiu, w związku, w małżeństwie, w rodzinie. To chwile tylko dla mnie. Farmakon - lekarstwo i trucizna jednocześnie, ból i euforia, udręka i ekstaza.To też ucieczka, oczywiście. Samolubny samotnik nadaje się na biegacza oraz literata, co też czynię - piszę. Ucieczka w pisanie jednak nie wystarcza, nie daje fizycznego kopa. A poza tym przyroda - człowiek lasu chce do lasu. Bieganie to ucieczka z betonowej dżungli. Bieganie to nie monotonia, to wolność. 

'Moje bieganie dzieli się na uliczne i górskie. W tym pierwszym wyników spektakularnych nie ma, czasy osiągane przeze mnie są raczej przeciętne.''Moje bieganie dzieli się na uliczne i górskie. W tym pierwszym wyników spektakularnych nie ma, czasy osiągane przeze mnie są raczej przeciętne.' fot.: archiwym prywatne, Marta Kijańska-Bednarz

Biegam od 2009 r., kiedy to dołączyłam do truchtającego co drugi dzień po parku małżonka. Po 15 min. pierwszego biegu „rozwiązało mi się sznurowadło” i tak „rozwiązywało się” regularnie co kilka min. Jednak nie zrezygnowałam. Spodobało mi się i niedługo po tym, niefrasobliwie wpadłam na pomysł przebiegnięcia maratonu. „Chodź walniemy maraton z okazji ślubu”, powiedziałam któregoś dnia układając listę gości na weselny obiad. Kompletny kretynizm, biorąc pod uwagę, że jedyną metodą treningową była mniej lub bardziej regularna godzina truchtania, najdłuższy dystans jaki pokonałam w życiu to 14 km, o żelach energetycznych nie wiedziałam, że istnieją, nie mówiąc o rozgrzewce, etc. Niemniej 27.09.2009 r. stanęliśmy jako nowożeńcy na starcie XXXI Maratonu Warszawskiego. Zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić wysiłku potrzebnego do ukończenia takiego dystansu...

Te pierwsze zawody okazały się biegiem z kategorii samotność długodystansowca. Po 30-stym km dzwonię do męża: „Nie mam siły, mam to gdzieś, schodzę, nie mogę, to jakiś obłęd, nie mam szans żebym ten bieg skończyła”, mówię. „Mała, sorry, ale właśnie wbiegam na metę i nie mogę gadać!”, i klik. Jak się wściekłam! Czołgając się, ale dojdę, pomyślałam. Choćbym miała zbierać swoje własne zwłoki z chodnika. Doszłam. Na metę wbiegłam radośnie. Czas (5:19) nie miał znaczenia. Liczył się fakt ukończenia. Poczułam, że jestem królową świata. Niewiele się przez kolejne kilka lat zmieniło w moim bieganiu. Wychodziłam na godzinę, półtorej do parku lub lasu i biegałam; po prostu. Niczego nie trenowałam, nie robiłam nic poza szybszym lub wolniejszym, dłuższym lub krótszym, w zależności od nastroju, wybieganiem. W ramach tego ukończyłam 6 maratonów, zawsze z tym samym poczuciem euforii na finiszu. Być może trwałoby tak nadal, gdyby nie wyjazd na obóz biegowy z ekipą trenerów z Tatra Running.

To był impuls, który zmienił moje podejście do biegania w ogóle. Z truchtacza „dla przyjemności” zaprowadził mnie na trasy górskich ultramaratonów i biegów ulicznych, na których chętnie i również dla przyjemności się „zarzynam”. Rzecz jasna, ten proces trwał. Pierwszy górski trening opłaciłam odmową współpracy ze strony organizmu, a szczególnie żołądka. Jednak przez kolejne dni złapałam bakcyla do tego stopnia, że zanim wyjazd się skończył, zaplanowałam, a niefrasobliwość to moje drugie imię, że za rok przebiegnę Rzeźnika w parze z poznanym na obozie Robertem. Był to rok 2015.

'Ultra to dla mnie piękna walka. To strach, ale jednocześnie przemożna chęć poznania własnych możliwości i pokonania granic.''Ultra to dla mnie piękna walka. To strach, ale jednocześnie przemożna chęć poznania własnych możliwości i pokonania granic.' fot.: archiwym prywatne, Marta Kijańska-Bednarz

Całkowicie dałam się pochłonąć biegom ultra. Jestem niezwykle wrażliwa na piękno przyrody, czerpię więc na nich radość przede wszystkim z wolności i obcowania z naturą. Ultra to dla mnie piękna walka. To strach, ale jednocześnie przemożna chęć poznania własnych możliwości i pokonania granic. Przecież zawsze może okazać, że za tą granicą będzie kolejna, która otworzy drogę do kolejnego marzenia i celu, możliwego do osiągnięcia i zrealizowania tylko wtedy, kiedy się odważę. Bo tylko odważni wygrywają, jak zawsze wpajał mi tata. Taką właśnie odwagę daje mi podchodzenie do biegów ultra.

Ultra zabiera mnie w rejony, o których nie wiedziałam, że istnieją. Daje mi poczucie, że mogę wiele. Daje mi przepiękne krajobrazy i możliwość ich podziwiania. Dochodzenie do niesamowitego stanu, w którym chłonę otaczający świat wszystkimi zmysłami, całą sobą, kiedy „widzę” skórą. Radość na mecie jest tak olbrzymia, że czuję się jak król życia. Ten stan trzyma mnie przez dłuższy czas, chociaż często w trakcie biegu zastanawiam się „po cholerę mi to było” i „chrzanię już to całe ultra”. Jednak po każdych zakończonych zawodach, niemal natychmiast planuję kolejne. Ultra to przyjemność płynąca z samego środka mnie, jakaś nie do opisania egzaltacja, która spaja w jedno drogę, ciało, krajobraz, i wysiłek. Najpiękniejszy widok jaki pamiętam z biegu… Nie ma jednego. Każdy bieg dał mi inne doznania, inne „najpiękniejsze widoki” i inne przeżycia. Jedno z niezapomnianych przeżyć - to był środek nocy na biegu CCC - jestem całkiem sama, chyba na łące. Przede mną i za mną żywego ducha. Czerń jest najczarniejsza i wszechogarniająca. Aż lepka. Pachnie mokrą ziemią i ziołami. Nie widzę nic, poza kilkudziesięcioma metrami ścieżki w snopie światła czołówki. To musi pięknie wyglądać w obrazku, wyobrażam sobie taki widok z lotu ptaka. Nade mną wyrżnięte w czerni czarne szczyty na tle czarnego nieba, 50 odcieni czerni. Nagle słyszę dźwięk dzwonów. Krowy z reklamy czekolady Milka! Odwracam głowę w stronę dźwięku i w świetle czołówki widzę kilkadziesiąt par szmaragdowopomarańczowych żarzących się punktów na różnych wysokościach. Wszystkie te oczy Szatana patrzą na mnie…

'Bieganie to coś więcej niż 'tłuczenie kilometrów'. To pokonywanie barier i słabości.''Bieganie to coś więcej niż 'tłuczenie kilometrów'. To pokonywanie barier i słabości.' fot.: archiwym prywatne, Marta Kijańska-Bednarz

Co daje Ci bieganie poza doskonałą formą i figurą? Jak często biegasz, jakie dystanse?

Po pierwsze, doskonała forma to określenie, które nie istnieje, to mrzonka i coś do czego się dąży, ale we własnych oczach nigdy nie jest w 100% doskonałe i zawsze można lepiej. Z figurą jest… jeszcze gorzej. Gdy biegam (teraz od ponad miesiąca nie biegam), biegam ile się da, czyli w zasadzie codziennie, z jednym dniem wolnym, ale zdarza się, że i więcej, kiedy jestem na obozie biegowym i mam dwa treningi dziennie. „Trenowaniu biegania” podporządkowałam większość życia, ku swojej własnej rozpaczy, bo nie starcza czasu i sił na pisanie książek. 

Pochwal się swoimi osiągnięciami biegowymi.

Moje bieganie dzieli się na uliczne i górskie. W tym pierwszym wyników spektakularnych nie ma, czasy osiągane przeze mnie są raczej przeciętne; chociaż w tegorocznym maratonie w Dubaju, biegnąc z kontuzją na czas 3:46, zajęłam 5-te miejsce w kategorii wiekowej! (nie do osiągnięcia w większości maratonów, ze względu na wielką liczbę uczestników, a tu ciach – taka duma!). Jeśli chodzi o mnie jako ulicznicę, to najbardziej dumna jestem z 10k w biegu Orlen 2017 – 44’16.

A poza tym ultra, ultra górskie – największa pasja: 9 biegów na dystansie ultra: dwa razy kultowy Rzeźnik ok. 83 km, trzy UltraMaratony Bieszczadzkie 52 km, Bieg 7 Dolin 100 km, CCC – 101 km, UltraTrail Cape Town 65 km, Transgrancanaria – 128 km.

Gdzie najbardziej lubisz biegać? 

Odpowiedź jest prosta - wszędzie. To znaczy wszędzie, gdzie wyjadę, a wyjeżdżam dużo, biegam, to najlepsze poznawanie świata i wystarczą tylko buty i wygodne ciuchy (chociaż kocham się biegowo „stroić”). Biegałam w Wietnamskiej dżungli natykając się na dzikie bawoły, w portugalskim buszu, wbiegając w sam środek polowania…, po wybrzeżu Turcji, kiedy mój mąż obok gra w golfa, po wszystkich europejskich odwiedzonych przez mnie miastach, a było ich kilkanaście, w Warszawie gdzie mieszkam, najchętniej w Lasku Bielańskim, nad Wisłą, na Młocinach i w Kampinosie od strony Łomianek.

Najbardziej jednak kocham biegać w górach. Szczególnie ukochałam Tatry Zachodnie (strona słowacka) oraz – nie będę pewnie oryginalna – Alpy, a szczególnie tereny wokół Mont Blanc – to w zasadzie mekka biegaczy górskich. Chociaż do najpiękniejszych startów zaliczam bieg na Gran Canarii i w Kapsztadzie, wokół Góry Stołowej.

'Ultra zabiera mnie w rejony, o których nie wiedziałam, że istnieją.''Ultra zabiera mnie w rejony, o których nie wiedziałam, że istnieją.' fot.: archiwym prywatne, Marta Kijańska-Bednarz

Zmagałaś się ostatnio z jakąś kontuzją z tego, co pamiętam. Opowiesz o tym?

Zmagam się z konfliktem udowo – panewkowym, i nie chcę nawet o tym głośno mówić, żeby nie zapeszać, bo może skończyć się… różnie. Łącznie z utratą możliwości biegania, ale to najgorsze co może się wydarzyć. Wzięło się, naturalnie „z niczego”, jak większość kontuzji u świadomych własnego ciała oraz posiadających jako taką wiedzę biegaczy, a za takiego się mam; dbam o siebie „pozabiegowo”, rozciągam się, roluję, chodzę na siłownię, nie przetrenowuję się, regeneruję etc. Ale bieganie to sport kontuzjogenny. Szczególnie, gdy biega się ultra – łatwo sobie kontuzję przytulić, mimo całej wiedzy i uwagi. Być może kiedyś niezaleczona dobrze kontuzja lub „kontuzyjka”, przeciążenie, nagromadzone mikrourazy i nagle biodro odmówiło posłuszeństwa, a pan doktor powiedział, że obrąbek mam „paskudny”. Nie biegam więc od ponad miesiąca i jestem na etapie ostrzykiwania biodra moim osoczem. Zobaczymy co z tego wyniknie. Jestem raz dobrej raz złej myśli, wiadomo J Nie wiem co dalej, gdyby miało tego biegania zabraknąć. W końcu bieganie to wolność…