Życie w biegu: 100 kilometrów wokół stołu

1 kwietnia ruszają zapisy na Ultra-trail Cape Town - biegi na dystansach 100, 65, 35 i 21 km wokół Góry Stołowej w Kapsztadzie. Kapsztadzka "setka" odbywa się w pierwszy weekend grudnia, zamyka Ultra Trail World Tour. Zapisujcie się!

Uczestniczyłam w tym wydarzeniu dwa lata temu, i z pewnością wracam w tym roku, jeśli tylko biodro razem z udem i jego kością na to pozwolą.

Tymczasem dwa lata temu w grudniu

Miałam farmę w Afryce… Nie, wróć, to z „Pożegnania z Afryką” a ja się z nią dopiero witam. Poza tym nie miałam farmy, niestety i nie znam Roberta Redforda. Niestety. Afryka to początek świata, mówi Eryk, polski tubylec, witając nas na lotnisku, jest jak muzyka Bacha - jest tu i teraz, ale cały czas jest w niej coś pierwotnego, co niesamowicie intryguje i fascynuje. Bacha kocham, więc jestem ciekawa co ma wspólnego z Afryką, której zobaczę tylko mikroskopijny wycinek, ale jednakowoż.

Niczym za PRL-u w Polsce

Mieszkamy pod samą Górą Stołową, która w niczym nie przypomina stołu i wydaje się wcale nie taka potężna. To się jednak chyba tylko wydaje. Zweryfikujemy, wdrapując się na nią w 30-stopniowym upale. Jest grudzień, więc zaczyna się lato. Na razie pijemy dużo wina, bo okazuje się, że czerwone z winnicy Stellenbosch za 400 zanzibarów (randów, ale zanzibary brzmią bardziej literacko), to wino jest wybitne i drukowanymi literami. 400 rnd to jest około 80 zł., a ja mam trochę dolarów więc jeszcze bardziej, ponieważ dolarów nikt nie może tu kupić normalnie. Jest niczym za PRL-u w Polsce, czego nie mogę wiedzieć, bo nie próbowałam wtedy wymieniać walut, ale wszyscy tak mówią, poza babcią, oczywiście. W każdym razie, w Kapsztadzie z powodu tej wymiany wszyscy są szczęśliwi, więc handlujemy i mocno się targujemy. Jeszcze wczoraj morele pod domem kosztowały 3 dolary. Dzisiaj już 4, bo okazało się, że za bardzo się zachwycaliśmy. Avocado wielkości grejpfruta smakuje niczym boski owoc z drzewa wszystkich wiadomości a truskawki są tak słodkie, jakby były posypane cukrem.

Owoców wszędzie jest mnóstwo. Jest też mnóstwo koczujących bezdomnych i kwiaty wielkie jak ludzkie głowy a także bardzo dużo wesołych wielkich psów w parkach. Biegają radośnie, wszędzie srają i nie ma gdzie się rozciągać.

1 kwietnia ruszają zapisy na Ultra-trail Cape Town - biegi na dystansach 100, 65, 35 i 21 km wokół Góry Stołowej w Kapsztadzie.1 kwietnia ruszają zapisy na Ultra-trail Cape Town - biegi na dystansach 100, 65, 35 i 21 km wokół Góry Stołowej w Kapsztadzie. fot. Ultra Trail Cape Town

Mówią tu po angielsku w narzeczu afrikaans (licentia poetica), co brzmi jak australijski zmieszany z teksańskim, więc gdy wczoraj przy odbiorze pakietu na bieg chłopak spytał jak długo zamierzam biec ten wyścig, odpowiedziałam, że 6 lat.

Lokalna gwiazda ultra, Ryan Sandes, jest piękny niczym Adonis z domieszką surfera i mogłabym nawet zabrać go do domu, ale to moja przyjaciółka ma z nim zdjęcie. Nasza przyjaźń od wczoraj stoi pod znakiem zapytania.

Expo biegu jest na boisku do Rugby, kolorowe, nieduże i właściwie mam wrażenie, że całe uśmiechnięte i nie wiem już, czy od tej pogody i słońca, czy z powodu tutejszych ludzi, którym uśmiech nie schodzi z twarzy i wcale nie wygląda na sztuczny. On po prostu tam jest. W Kapsztadzie i okolicach, chociaż wszystko jest Kapsztadem, wszyscy się uśmiechają, są życzliwi, otwarci i weseli, zatrzymują się samochodem w środku nocy bezinteresownie, żeby cię podwieźć na start, przytulają na punktach odżywczych, leją wodę z lodem na kark, wycierają ci twarz gąbką i w ogóle robią różne inne miłe rzeczy.

Trochę biegamy po mieście w ramach rozruchu, rozgrzewki i wycieczki krajoznawczej w jednym. Domy mają po dwa ogrodzenia i zasieki, w tym jedne pod prądem. Podobno jednak jest bardzo bezpiecznie i jedynie ci, co tu nie mieszkają, mówią inaczej. Mimo wszystko nie należy wychodzić z domu po ciemku. Moi przyjaciele szlajają się jednak już drugą noc i jeszcze nikt ich nie zabił ani nie zgwałcił. Może jutro.

Nie widziałam żadnych dzikich zwierząt poza szarą chudą wiewiórką. Szkoda. Liczyłam przynajmniej na jakieś żyrafy. Na trasie biegu są podobno małpy, dzikie węże i pingwiny, ale to plotki. Po południu bardzo mocno wieje, wielka chmura wchodzi na Górę Stołową i spływa z niej niczym obrus, co wygląda ładnie, żeby nie powiedzieć przepięknie.

'Uczestniczyłam w tym wydarzeniu dwa lata temu, i z pewnością wracam w tym roku, jeśli tylko biodro razem z udem i jego kością na to pozwolą.''Uczestniczyłam w tym wydarzeniu dwa lata temu, i z pewnością wracam w tym roku, jeśli tylko biodro razem z udem i jego kością na to pozwolą.' fot. Ultra Trail Cape Town

Daję z siebie wszystko

Noc wyścigu też jest przepiękna, bezchmurna i gwiaździsta, a księżyc trzy razy większy niż w Polsce i chyba idzie w drugą stronę. Nie wiem, ale słońce na pewno w Kapsztadzie „chodzi” w drugą stronę. U nas „idzie” ze wschodu na zachód a tutaj pionowo do góry po prostu i zwyczajnie. Szukasz cienia, nie ma cienia.

Abstrakcyjna sytuacja o 4 nad ranem na starcie na biegu na krańcu świata, czy też na jego początku, wszędzie dookoła język polski i to nie halucynacje. A potem czerwone pochodnie i start biegu ultra, na którym pierwsze kilometry pokonuję tempem 4’31/km. Trener pewnie popukał by się w głowę z pytaniem czy mi się nie pomyliło, że lecę 100km a nie 10. Ale wszyscy tak biegną, a jest nas około 700, więc i ja.

Noc jest ciepła i pachnąca. Cykady dają z siebie wszystko. Ja też daję z siebie wszystko, jednak, jak się okazało, wszystko to za mało.

Góra Stołowa nie jest stołem zdecydowanie, a trzykilometrowe podejście „takim tam wąwozikiem”, jak powiedział ktoś beztrosko, zapiera dech w piersiach. Poza tym, że zabiera dech w ogóle, zajmuje mi godzinę i to naprawdę jest krótko. Ale zachwyca, chociaż wyprzedzają mnie wszyscy. WSZYSCY. Nawet pan z wielkim głośnikiem, który śpiewa głośno. I pan i głośnik. Ludzie tu w ogóle bardzo dużo śpiewają.

Wyprzedzają mnie też szerokie w biodrach ciemnoskóre panie z warkoczyko-dredami cięższymi niż mój biegowy plecak. Też śpiewają. I w końcu długowłosy chłopiec w typie wiecznie uśmiechniętego jaskiniowca, w japonkach związanych sznurkiem. Chłopiec wbiega przede mną leciutko w tychże japonkach, a potem jeszcze się okazuje, że zajął drugie miejsce w kategorii open i w klapkach przebiegł całe 100km. Jak on to zrobił po tych kamieniach i żwirze to nie wiem, ale widziałam jego paznokcie, których nie ma.

Nie mam czasu

Na górze góry, gdy już się doczołguję, to umieram, ale wciąż się uśmiecham, chyba mi się udzieliło. Ktoś mówi z troską do trupa, może usiądziesz, na co trup, że nie mam czasu. Bo nie mam.

Zbiegam, a żaby ćwierkają w upale i cykady głośniej niż helikoptery i nawet jakiś bardzo dziki wąż jest, ale to dopiero potem. Wcześniej jest miasto pode mną w chmurach i we mgle, wąski trawers skalny z wodą spadającą ze skał, ogromna prawiepełnia nad Lion’s Head, czyli głową lwa, wyglądającą trochę jak lew a może Sfinks, który też przecież trochę jest lwem. Ludzie wchodzą na nią w noc pełni i cieszą się pięknem świata. Ludzie tam zdają się generalnie cieszyć tym co mają i co ich otacza.

A potem jest wschód słońca wśród wysokich traw, niezwykle kolorowych kwiatów i maruli, której owocami upijają się słonie, i z której robi się lekki likier smakujący ziołami, żebyśmy lekko i przyjemnie też mogli się upijać.

A wcześniej spalony las i rezydencje, w których mogłabym zamieszkać albo przynajmniej sprzątać, żeby chociaż przez chwilę popatrzeć na huczący Atlantyk i akacje giganty z okien zamiast ścian, albo może być z basenu. I do tego kieliszek musującego wina z winnicy, przez którą biegnę od 37 km, już po tym jak się nie mieszczę. W czasie, chociaż w spodenki S też nie, i może dlatego nie mieszczę się w czasie, ale to inna historia.

'Mimo, że wydawało mi się, że frunę, na pierwszy limit czasowy spóźniam się 4 minuty.''Mimo, że wydawało mi się, że frunę, na pierwszy limit czasowy spóźniam się 4 minuty.' fot. Ultra Trail Cape Town

Lekkie spóźnienie

Mimo, że wydawało mi się, że frunę, na pierwszy limit czasowy spóźniam się 4 minuty. Limity na biegu są bardzo wyśrubowane i trzeba naprawdę pędzić, żeby dać radę. Jeśli ma się ochotę na krajoznawcze bieganko, to nie ma sensu płacić za pakiet, bo nic z tego nie będzie. Trzeba się spinać od samego startu. A start jest taki, że biegniemy nocnym miastem po 4’30/km, co jest tempem raczej na szybką dyszkę a nie górską setkę, ale ma znaczenie, miasto bowiem szybko się kończy i zaczyna mozolne podejście pojedynczym trackiem, na którym NAPRAWDĘ mieści się tylko jedna osoba nawet jeśli jest bardzo chuda i nie da się tam wyprzedzać.

Na 37. km miła pani z radosnym uśmiechem zakleja mi żółtą naklejką „100” na numerze startowym i mówi „no, no”, przekierowując na krótszą trasę. Oczywiście, że ryczę i spływa mi po policzkach niebieski tusz dopasowany do koloru sznurówek w butach biegowych. Pociesza mnie bardzo dyrektor biegu oraz dziewczyna wydająca mi worek na przepaku, ale co z tego. Dzwonię z rykiem do męża i mamy i bełkoczę nieco, więc myślą, że co najmniej już nie żyję, urwało mi nogę, albo pawian wyrwał mi oko. Podobno pawiany atakują tylko kobiety. Idzie facet z bagietką i kobieta z bagietką, pawian zawsze rzuci się na kobietę. Przypadek? Nie sądzę.

Prawie zawał

A jednak dzięki, o bogowie, że się spóźniłam na ten pierwszy time cut, bo nawet wizja przytulającego mnie na mecie adonisa Ryana nie pomogłaby mi w ukończeniu wersji 100km w kondycji biegowej, w której byłam. Taki był to bieg. Hardkor hardkorów. Wspaniały pomysł organizatorów: wyśrubowany limit, ale z możliwością przekierowania na trasę „UTCT 65km” jeśli nie dasz rady na pierwszym, pozwala mi spokojnie dobiec do mety podziwiając okolice Kapsztadu, które są tak piękne, że współczuję tym, którzy biegli szybciej niż widzieli. Chociaż kolega biegnący setkę, przebiegając przez plażę nudystów widział podobno wszystko i nie wiem, czy mu zazdrościć czy współczuć, słuchając późniejszych relacji. Ja widziałam dużo i nawet jednego z najgroźniejszych węży i parzącą roślinę podobną do naszego barszczu. I spalony las, i kwiaty w środku dżungli, za które płacę pod Halą Mirowską po 50 złotych. I zwieszałam się z drzew jak Tarzan, i nawet przez moment byłam pierwszą kobietą open i przyjaciółka, która uwieczniła to na zdjęciu dostała prawie zawału. To było zanim system się zorientował, że biegnę 65 a nie 100km, ale nikt już mi tego nie zabierze.

Technicznie bieg uważam za bardzo trudny, widokowo najpiękniejszy, i chociaż nie było po drodze pingwinów, to były następnego dnia. I nawet góralki i stado antylop na Przylądku Dobrej Nadziei. I znienawidziliśmy troszkę Eryka, kiedy powiedział, że sobie tutaj przyjeżdża w weekendy i robi luźne wybieganie na Cape Point i z powrotem, bo każdy z nas by zabił za takie luźne wybiegania raz w tygodniu. Jest tam tak wysoko i w dole tak huczy ocean, że na pewno skacząc, człowiek umiera na atak serca w locie, z powodu zachłyśnięcia pięknem. Nie zabiliśmy go jednak i zabrał nas na plażę wielkości stadionu, na której nie było żywej duszy, i do afrykańskiej restauracji, gdzie to nas zabito ilością wspaniałego jedzenia, a wejście było na hasło i przez podwójne kraty i bramkę. Tam jadłam antylopę. Gulasz ze springboka (Antidorcas marsupialis), którego nazwa jest tak piękna, że aż szkoda ją jeść, a sam skocznik antylopi jest tak piękny, że już mi prawie przykro, ale nie spróbować springboka masala coś tam i nakupenda wewe, byłoby zbrodnią samą w sobie. W nagrodę wytatuuję go sobie na kostce, bo jest też w logo południowoafrykańskich parków narodowych a ja się tam we wszystkim zakochałam i muszę mieć to na wieczną pamiątkę. Panie w pięknych strojach i turbanach myły nam ręce przed jedzeniem i malowały twarze i było bardzo dużo kolorowych i pysznie przyprawionych potraw i biżuteria z oksydowanego srebra i amarula, i ta noc mogłaby się nie kończyć. I nawet gdy na ulicy zaczepiała nas natarczywie piątka ciemnoskórych, to było w pewien sposób ekscytujące chociaż prawie posikałam się ze strachu.

'Noc wyścigu też jest przepiękna, bezchmurna i gwiaździsta, a księżyc trzy razy większy niż w Polsce.''Noc wyścigu też jest przepiękna, bezchmurna i gwiaździsta, a księżyc trzy razy większy niż w Polsce.' fot. Ultra Trail Cape Town

Początek i koniec świata

Do Kapsztadu wrócę na pewno, na UTCT wrócę jeszcze bardziej, bo mam się do policzenia z tym biegiem. Mam medal, ale „UTCT 65”, chcę więc zaliczyć setkę i nie tylko dlatego, że koledzy mówili, że na pewnym etapie musieli trzymać kije w zębach, bo była wspinaczka gorsza niż na Rysy od polskiej strony i w dodatku bez łańcuchów, a ja lubię wyzwania.

Organizacja biegu przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiem, co dosypują do jedzenia wolontariuszom, w każdym razie nigdy, NIGDY nie spotkałam jeszcze tak wielkiej bandy tak ekstremalnie życzliwych i kochanych ludzi. Z całego serca polecam wakacje na początku grudnia i przynajmniej tydzień w tym obłędnie kolorowym zakątku świata, jakim jest koniec świata. To znaczy jego początek.

***

Marta Kijańska–Bednarz; mówi o sobie „literatka”. Ur. w Warszawie w 1978r., studiowała w Warszawie i Krakowie (ochrona środowiska, dziennikarstwo i pisarstwo). Mieszka w stolicy, chociaż wolałaby w górach. Wydała 4 tomiki poezji oraz 2 powieści: „(nie)winna” i „Jutro właśnie nadeszło”. Była felietonistką miesięcznika literackiego „Bluszcz”, portalu NaTemat.pl. i magazynu „Kingrunner Ultra”, pisuje do bieganie.pl. Bieganie jest jej największą pasją (9 maratonów, 9 biegów górskich na dystansie ultra, w tym 3 powyżej 100km).