Czterdziestomilowy krok w stronę ultra

Jeśli szukacie biegu na swój debiut na dystansie dłuższym niż maraton, Ultra Trail 68 w Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich jest idealny. Dwa lata temu to był mój debiut i tak właśnie zostałam ultraską. Teraz nie robi to na mnie wrażenia, ale w 2015 roku był to ogromy mój wyczyn i wielki krok w stronę ultra.

Miałam już na swoim koncie siedem maratonów, w tym jeden z życiówką 3:39. I zaczęło mnie nurtować, co się dzieje dalej, czyli po przekroczeniu tych magicznych czterdziestu dwóch kilometrów? I dlaczego miałabym chcieć to sprawdzić?

Bo przebiegłam już 7 i pół maratonu. I… co dalej?

Bo dwadzieścia siedem kilometrów Rzeźniczka wydało się prostsze i przyjemniejsze, niż półmaraton Warszawski, więc może takie "delikatne ultra" w górach, będzie przyjemniejsze niż maraton w mieście?

Bo koledzy dawno wybiegli poza 100 kilometrów i ciągle pytają, kiedy ja się zdecyduję?

Bo bieganie w górach jest bardzo przyjemne.

Bo im większy dystans przebiegamy, tym więcej gór możemy zobaczyć

Bo przeczytałam książki Scotta Jurka, Chrisa McDougalla, Deana Karnazesa, Chrissie Wellington, Richa Rolla, Richarda Askwitha i obowiązkowo Dołęgowskich.


Ta ostatnia była decydująca. Szczęśliwi biegają ultra przypomniały mi, że przecież jako dziecko chodziłam po drzewach i dachach. Jako nastolatka nurkowałam pod lodem w piance made in Stomil Grudziądz (czytaj: cholernie zimno) i byłam Mistrzynią Polski Strażaków Płetwonurków (czytaj: wskakiwałam do jeziora w październiku bez pianki). Zawsze miałam twardy tyłek, odwagę i jaja. Lubiłam wyzwania i przygody, ścigałam się z facetami, wiec przed czym się teraz bronię? Dziadzieję na starość?

Rozkochana w górach po Rzeźniku na Raty i Rzeźniczku zapisałam się na Ultra Trail 65 Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Idealny dystans, jak na pierwszy rok (ultra)biegania po górach i pierwszą próbę zmierzenia się z ulta. Ahoj przygodo!

17 lipca 2015 roku wsiałam w Polskiego Busa i ruszyłam kierunku Kotliny Kłodzkiej. Cieszyłam się jak dziecko, które jedzie pierwszy raz nad morze. Lądek Zdrój przywitał mnie strzałeczkami DFBG, pokazującymi jak trafić do biura zawodów. Raczej zapyziałe uzdrowisko, które lata świetności ma dawno za sobą. Co nie zmieniało faktu, że położone było w górach, były wąskie uliczki i dmuchana brama z logo Salomon i Suunto.

Pachnący nowością ośrodek Trojan z przemiłą obsługą, widok z balkonu na góry, to kolejne stopnie do szczęścia. Potem jeszcze basen i spotkanie ze znajomymi oraz pyszny sernik w uzdrowiskowej cukierni. Niedogodności pojawiły się, gdy chcieliśmy kupić wodę i banany. Znalezienie sklepu spożywczego okazało się nie lada wyzwaniem. Jeden zamknięty z powodu awarii kasy, trzy pozostałe z niewiadomych powodów. Dopiero czwarty spożywczak był otwarty. Mieszkańcy Lądka nie chcą zarabiać?

 

Ze spaniem nie było problemu

Zmęczenie podróżą i zupełny brak stresu przedstartowego sprawił, że o 21 spałam jak dziecko. Pobudka bez niespodzianek i przykrości, bo na dworze już było jasno. Po dwóch bananach, kilku ciastkach owsianych i kawie którą zrobił pan ochroniarz, wybiegłam z hotelu. Dość niefrasobliwie, zaledwie 12 min przed startem, ale mieszkałam 350 metrów od mety. Nastrój totalnie optymistyczny. Uśmiechałam się szeroko i mówiłam wszystkim napotkanym (głównie straży miejskiej) dzień dobry. Czułam się beztrosko, jakbym biegła na ploty z koleżankami.

DFBG 2015DFBG 2015 [fot. Beata Brzezowska]

Obowiązkowe selfie przedstartowe, przywitanie się kolegami i już był start. Punktualnie o 6. Pobiegłam. Spokojnie, bez pośpiechu, co oznaczało, że szybko znalazłam się prawie na końcu. Ale po co się śpieszyć, skoro przede mną 12 godzin.

Choć z drugiej strony, być w biegu czy choćby marszu, bez przerwy, przez 12 godzin, to było wyzwanie. 12 godzin to był oczywiście limit, a ja nie planowałam z nim walczyć. Chciałam dobiec do ostatniego punktu w wymaganym czasie, żeby nie zdjęli mnie z trasy. Zależało mi tylko na przebiegnięciu całego dystansu, bez względu na to czy zostanie zaliczone czy nie. Bo chciałam zobaczyć, jak to jest biec dalej niż maraton.

 

I co zobaczyłam?

Las świerkowy. Las bukowy. Łąki z palącym słońcem. Pot zalewający oczy. Małego padalca. Naparstnicę purpurową. Góry. Doliny. Strumienie, w których miałam ochotę się zanurzyć. Jakieś jezioro w oddali. Strome kamieniste ścieżki. Łagodne szutrowe szlaki. Pachnące wycinki drzew. I mnóstwo znajomych biegaczy. Na koniec ból mięśni. Nic wielkiego.

 

Początek nie był ciężki. 

Z samego rana temperatura była łaskawa. Potem zrobiło gorąco, ale przecież nikt nie mówił, że będzie inaczej. W końcu to lipiec. Miałam w bukłaku 1,5l wody, punkty odżywcze były mniej więcej co 10 km, więc odwodnienie mi nie groziło. Nie śmiałam nawet biec pod górę. Richard Askwith, w swojej książce Stopy w chmurach pisał: "nie widzisz szczytu, nie biegniesz, tylko podchodzisz". Ja nie wnikałam czy widzę czy nie. Po prostu, było pod gorę, szłam. Koniec. Kropka. Biegłam tylko po płaskim i z góry.

Podchodzenie szło mi całkiem żwawo. Wyprzedzałam nawet ludzi z kijami, dzięki czemu trochę przesunęłam się do przodu. Pierwszy punkt przebiegłam dość szybko. Ciągle świeża i nie zmęczona. Z prawie pełnym bukłakiem. Nawet nic nie zjadłam i nie wypiłam. Opłukałam tylko twarz wodą. Ale następne były już zbawieniem dla mnie.

DFBG 2015DFBG 2015 [fot. Piotr Dumus]

Do 35 km biegło się całkiem przyjemnie – takie niedzielne wybieganie. Jedyna różnica to długie podbiegi, które i tak pokonywałam marszem. Pierwszy kryzys był właśnie około 35 km. To był podbieg (podejście) rozpaloną w słońcu łąką. Słońce już było wysoko i grzało niemiłosiernie. Pot zalewał oczy, które piekły jak w morzu Egejskim. Wlokłam się noga za nogą i pierwszy raz przemknęło mi przez głowę, że może jednak odpuścić i zejść na jakimś punkcie? Wstyd, czy nie?

Na szczęście, gdy tylko znalazłam się w wyżej w lesie, zrobiło się zdecydowanie chłodniej. A gdy zaczął się zbieg, poczułam, jakby ktoś przełączył mnie na inny tryb. Znikło zmęczenie i zbiegłam galopem niczym kozica. Przy każdej zmianie nachylenia byłam zaskoczona, jak łatwo się zbiega, a jak trudno podchodzi. W końcu nawet najbardziej łagodne stoki zmuszały mnie maszerowania, bo już nie tylko nogi odmawiały posłuszeństwa, ale i płuca nie nadążały. Jak tylko zaczynałam biec pod górę, miałam wrażenie, że coś siada mi na klatce i nie pozwala oddychać.

 

Potem było już tylko ciężej

Każdy punkt odżywczy okazywał się coraz większym zbawieniem. Od drugiego zaczęłam korzystać z ich dobrodziejstw: duszkiem wypijałam dwa kubeczki coli, a następnie łapałam kilka kawałków arbuza i pomarańcze. Smakowały nieziemsko. I arbuz, i pomarańcze, i tania kola, która nie była Coca Colą. Była wygazowana, nie była zimna – no bo jak w tym upale – ale żaden napój nigdy mi tak nie wchodził. Niestety to wszystko, co mogłam przyswoić w tym upale. Oprócz swoich żeli.

Po pięćdziesiątym kilometrze zbieganie przestało być łatwe i przyjemne, jak wcześniej. Bolały czworogłowe, bolało mnie całe ciało. Nawet skóra. Poza tym moje kanadie, które sprawdziły się w Bieszczadach, na DFBG, po 50 km zaczęły zawodzić. Niestety są trochę za duże i przy zbiegach stopa przesuwała się do przodu. Lewy but obcierał skórę w okolicy Achillesa.

DFBG 2015DFBG 2015 [fot. Piotr Dymus]

Było ciężko, coraz ciężej, ale o dziwo, dało się to znieść. Byłam jakby obok tego zmęczenia. Na podbiegach wlokłam się noga za nogą, bieg po płaskim sprawiał ogromną trudność, z górki powodował ból mięśni, ale ja byłam poza tym całym zmęczeniem. Trochę jak „zakwasy” (choć wiemy, że to nie zakwasy) następnego dnia po wysiłku – ledwo chodzimy, krzywimy się, utrudnia nam to wiele czynności, ale jest to ból, który się znosi z dumą i szacunkiem. Ból który nas nie odcina, nie przeszkadza, jesteśmy obok siebie jak towarzysze niedoli i razem przemy do przodu.

Miałam  cel: zdążyć na ostatni punkt przed 15:00, co dawało mi godzinę zapasu. Cel się niestety oddalał. Byłam zmęczona, a punkt był nieco dalej. Chodziły słuchy wśród biegnących, że trasa ma nie 65 km, a 68 km.

 

Ostatni punkt był bardzo gościnny

Na tym etapie biegli już z nami maratończycy i półmaratończycy. Był tłumek, było miło i wesoło. Oczywiście otrzymałam sowity chlust wody na głowę, szyję, plecy. Uzupełniłam swój bukłak. Wcisnęłam do niego sok z pomarańczy. Odpowietrzyłam bukłak, żeby nie chlupotał, czego nie cierpię. Robiłam wszystko, co może opóźnić wybiegnięcie. I nie mogłam nasycić się najlepszą pod słońcem kolą. Nawet na chwilę położyłam się na trawie.

Zostało tylko 12 km i miałam jeszcze szansę zmieścić się w limicie. Szkoda było to zaprzepaścić. Zebrałam resztki sił. Wszystko mnie bolało. Końcówka się dłużyła. Jak ostatniego dnia w Bieszczadach. Utwardzona droga, potem asfalt, nachylenie, które niewiele pomaga, bo i tak trzeba podnosić nogi. Czułam kamień w bucie i zastanawiałam się czy warto go usunąć. – Zdejmuj buta, jak ci przeszkadza. Mamy zapas – powiedział Krzysztof, który towarzyszył mi na końcówce. Zdjęłam i że wkładka przemieściła się do tyłu i prawie wystaje z buta. Potrzebne nowe buty?

DFBG 2015DFBG 2015 [fot. Piotr Dymus}

W okolicach Lutyni natknęliśmy się na jeszcze jeden „dziki” punkt. Punkt jak zbawienie. Woda na głowę i dwa kubeczki cudownej koli. Zbliżając się do Lądka, po lewej ujrzeliśmy basen. Cóż za okrucieństwo! Korciło, by porzucić bieg i pognać prosto do błękitnej, chłodnej wody.

 

W końcu Lądek Zdrój

Kuracjusze bijący brawo. Finiszerzy bojący brawo. Straż miejska i policja pokazujący trasę. Coraz więcej ludzi, a z nimi więcej okrzyków, braw, gratulacji. Przed metą stali koledzy-doświadczeni-ultrasi. Przybiłam z nimi piątkę, krzycząc – Jak wy to robicie, że macie siłę biec 100 kilometrów? – Jak ty to robisz, że się uśmiechasz? Po tobie nie widać, że masz w nogach taki dystans – odkrzyknęli.

W końcu była meta! Nie musiałam już biec. A na mecie była moja ulubiona kola (dwa kubki wypite duszkiem) i arbuzy. Czas 11:44. Czy kiedykolwiek maszerowałam, pedałowałam, pływałam przez taki długi czas? Z 65 km zrobiło się 68. Takiego dystansu nawet rowerem nie przejechałam.

Siedziałam na murku (uwielbiam murki) szczęśliwa. Zbierałam gratulacje. Bolały nogi. Najchętniej odwiesiłabym je na drzewo. Na szczęście nie miałam tej uciążliwej i nieodpartej potrzeby zdjęcia butów. Zajrzałam na stronę, żeby sprawdzić wyniki. Czas 11:44:16. Siedemnasta wśród kobiet. Trzecia w K40. Czyli pudło. Miłe zaskoczenie.

Wystartowało 163 biegaczy, ukończyło 118, ja byłam na 105 pozycji. Nie tak źle, biorąc pod uwagę, że 45 zawodników Did Not Finished, a limit wydłużono o 30 min. Ale bez rewelacji, bo obie panie z mojej kategorii przybiegły na metę ponad godzinę przede mną.

DFBG 2015DFBG 2015 [prywatne archiwum autorki]

Niemniej bakcyl górskiego biegania zaczął nabierać konkretnej masy: potrzebuję porządnych butów i kiedy ten Chudy Wawrzyniec, bo może jednak pobiegnę 80 km?

Podsumowując

Straty na ciele:

  • dziura w skórze na dekolcie – obtarcie klamerką plecaka – na przyszłość unikać głębokich dekoltów, pod klamerką musi być koszulka
  • niewielki bąbel nad piętą lewej stopy – dziwne miejsce.
  • reszta skóry na stopach cała, paznokcie całe, co więcej, lakier na paznokciach cały!
  • brak apetytu do końca dnia. Zjadłam trochę owoców, wypiłam dwa piwa – oj jak smakowało! W niedzielę obudziłam się o 5:00 rano, potwornie głodna.
  • bolesność mięśni, szczególnie czworogłowych utrzymująca się przez dwa dni.

   

Spożyłam:

  • 4 żele squeezy, w tym 2 z kofeiną
  • Paczkę żelków sqeezy z kofeiną
  • Około 4 litrów wody – dokładnie trudno oszacować – myślę, że mój bukłak wystarczyłby na połowę tej trasy.
  • 10 plastikowych kubeczków pysznej koli
  • 10-12 kawałków arbuza i z 5 kawałków pomarańczy.

        

Dalsze konsekwencje startu:

  • kupiłam inowejty (trailrock 236)
  • zawahałam się się, czy nie pobiec 80 km w Chudym Wawrzyńcu
  • zapisałam się na  Ultramaraton Bieszczadzki
  • odkupiłam pakiet na Ultramaraton Karkonoski.

  

Przepiękne zdjęcia Piotra Dymusa pochodzą z fanpejdża Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich.

Te brzydsze pochodzą z moich zasobów.

Lądek Zdrój 2015Lądek Zdrój 2015 [prywatne archiwum autorki]