Wings for Life - jak ścigałam się z wirtualnym samochodem [FELIETON]

Co za niedziela! Nie byłam w Poznaniu ani w żadnym innym miejscu na świecie, gdzie organizowany był Wings for Life, a jednak zdołałam uciekać przed samochodem, by potem jeszcze przeżyć niezwykłe emocje, obserwując finisz najlepszych na świecie biegaczy. Ci najlepsi okazali się Polakami.

Bardzo chciałam pojechać do Poznania i wystartować w Wings for Life. A wręcz marzył mi się start w jakimś bardziej odległym, może nawet egzotycznym miejscu. Nie tym razem. W tym roku musiałam zadowolić się aplikacją. Właściwie zrobiłam to z przyjemnością. Wiedziałam, że w Poznaniu pobiegnie spora grupa znajomych, między innymi Bombi z ekipą Wild for the Run. Pomyślałam, że zabawnie będzie wystartować w tym samym momencie, uciekając przed wirtualnym samochodem. Sama świadomość, że w tym samym czasie, w tym samym celu, biegnie ogromna masa ludzi na całym świecie, działa bardzo motywująco.

Jak to zwykle u mnie bywa, mój start to był jeden wielki chaos. Wiedząc, że mam mnóstwo czasu, bo start był 13:00… spóźniłam się. Bo musiałam zakomunikować swój bieg na Instagramie, a filmik nagrywałam trzy razy, zanim nie upewniłam się, że moje seplenienie i krzywe zęby nie zdominują przekazu. A jeszcze wcześniej musiałam pociągnąć rzęsy maskarą, bo to przecież video-selfie. W efekcie wybiegłam 6 minut po starcie. Czyli już na samym początku miałam kilometr w plecy.

Kompletnie nie miałam pojęcia, kiedy złapie mnie samochód, bo nie pofatygowałam się by przeanalizować szybkość samochodu versus moje domniemane tempo. Jednego byłam pewna: 30 km jest daleko poza moim zasięgiem, skoro Daniel (Dany Run) prowadzi w Poznaniu grupę na taki dystans.

Wings for LifeWings for Life [screeny z aplikacji]

Wymyśliłam, sobie, że pobiegnę Wałem Zawadowskim. Prosta ścieżka przede mną i przestrzeń dookoła wydały mi się adekwatne do zmagań pod tytułem „Samotny bieg i walka ze słabościami”. Jedynym problemem wydawał się fakt, że biegnę w jednym kierunku, a potem muszę jakoś wrócić. Po krótkiej analizie moich możliwości, problem okazał się niewielki. Nie sądzę, że uda mi się przebiec więcej niż 15 km. Zgaduję, że raczej dużo mniej.

Biegłam więc, samotnie, mając w głowie Daniela i jego piękny styl biegania, z tym charakterystyczny grzebnięciem (on się prawie kopie w pośladki). Zdecydowanie, nie nadawałabym się do jego grupy. Myślałam też o Kayah, którą usłyszałam w radiu, przed wyjściem z domu. Mówiła o medytacji. A dokładniej o tym, że dużo jeździ na rowerze i to jest jej medytacja. Moją medytacją był właśnie ten bieg, prostą ścieżką przed siebie. Tym bardziej, że ścieżka była dość pusta i mijałam bardzo niewielu biegaczy i rowerzystów. Zatem samotność była niemalże zachowana. Gorzej ze słabościami –  niestety przegrałam z problemami żołądkowymi i potrzebowałam przerwy technicznej. I znów kolejny kilometr w plecy.

Gdy kończyłam przerwę, usłyszałam, że samochód jest kilometr za mną. Co to znaczy? Ile jeszcze mogę tak biec? Z półtora kilometra? Bardzo się starałam. Naprawdę. Nawet pomyślałam o tych trzech sobotnich śmiałkach, co próbowali złamać 2 godziny w maratonie. Samochód mnie dogonił po 11,5 km. Raczej wynik żenujący, ale za to jak pięknie było w tym miejscu, gdzie dobiegłam! Widziałam Wyspy Zawadowskie, i kajakarzy na Wiśle, i galopującego konia w zagrodzie po drugiej stronie wału.

Wyspy ZawadowskieWyspy Zawadowskie [fot. runaddict]

Najbardziej cieszył mnie fakt, że to jeszcze nie koniec. Teraz odwrócę się na pięcie i przebiegnę jeszcze raz ten dystans. To był jedyny sposób, by wrócić do domu. Takie długie – 23 km –  niedzielne wybieganie. Już bez pośpiechu, bardzo rekreacyjnym tempem, z przerwami na kontemplację widoków wiślanych.

Dobiegłam do domu. Wskoczyłam pod prysznic. Przygotowałam sobie obiad. I to ciągle nie był jeszcze koniec zabawy. Właściwie, dopiero, gdy rozsiadłam się na kanapie, z miseczką risotto i kieliszkiem wina, zabawa zaczęła się na dobre. Otworzyłam Facebooka i od razu natknęłam się na relację na żywo Wings for Life. Co tam się działo! Tought Cookie! This girl is amazing! This Young Pole has done an amazing effort! Dominika Sztelmak! Gapiłam się w telefon jak urzeczona, a serce mi rosło, gdy słyszałam komentarze. I czytałam. Dominika, biegła świeża, jak po półmaratonie, a po ekranie latały czerwone serduszka i cała masa ciepłych słów w bardzo różnych językach.

Dominika wygrała. Pobiła wszelkie rekordy. I swój, i światowy, i Japonek, które wygrywały dwa lata z rzędu. I to ciągle nie był jeszcze koniec. Bo przecież biegł Bartek Olszewski. I Tomek Walerowicz w Poznaniu, który uplasował się na piątej pozycji w świecie. Zobaczyłam komentarz „Mui bien Polonia!” Ale jak bardzo „mui bien”! Światowy wyścig i tylu Polaków w czołówce.

Jadłam swoje risotto już teraz prosto z gara (szkoda czasu na ceregiele), nie odrywając oczu od telefonu. I nie oderwałam się póki nie usłyszałam ostatniego „See you next year” od ostatniego komentatora, z ostatniego kraju.

Bartek nabiegał 88 km w Mediolanie. Był drugi, za Szwedem Aronem Andersonem, którzy przebiegł 92,1 km. Tomek Walerowicz, który zwyciężył w Poznaniu, nabiegał 85,1km , co dało mu 5 miejsce w świecie. Zagadkowy zawodnik Adam Małysz, drugi w Poznaniu, a siódmy w świecie nabiegał 77,8 km. Czyżby Adaś uciekał przed swoim samochodem?

A nasza amaizing young Pole i tough cookie, Dominika Stelmach, przebiegła 68 km.

W całym biegu wzięło udział 150 tysięcy biegaczy. Uzbierano 6,8 mln Euro. Miło mieć swój malutki udział w tych liczbach.

Wings for LifeWings for Life [screen z aplikacji]

I tak to, Wings for Life wypełniło mi całą niedzielę. Biegałam. Uciekałam. Kibicowałam. Widziałam finisz najlepszych Polaków. Prawie się popłakałam ze szczęścia i o mało nie pękłam z dumy. Czy jakiś bieg daje możliwość pobiegania i potem kibicowania tym najlepszym – w tej właśnie kolejności – będąc w dowolnym miejscu na świecie? Ani trochę nie żałuję, że nie było mnie w Poznaniu, czy w jakimkolwiek innym miejscu w świecie.